Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Organizacja Tarzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego

Tatry...
Są to góry wysokie, położone tam i tam, na południowo-zachodnim krańcu Polski, wysokość taka to, obszar tyle to, charakter...
Wszystko to jest wypisane w "Geografii malowniczej", w encyklopediach, podręcznikach.
I wszystko jest prawdą.
Lecz w sercu Polaka, który poznał orle to gniazdo, wypisane jest więcej. Po stokroć!
A w niedalekiej przyszłości będzie wypisane ponadto najczystszymi zgłoskami idealnych wzlotów duszy całego narodu to słowo:

SKARB

Obszar nieużytków, rumowisk, potrzaskanych głazów, ścian niebotycznych, poprzerzynanych zaśnieżonymi żlebami, chaos turni, przepaści i zwalisk - słowem pustynia

Gdzie orły skrzydeł rozwianych żałobą
Rzucają cienie na lecące chmury...


W tym właśnie tkwi ich wartość bezcenna, skarb prawdziwy narodu, do którego one należą.
Że są pustynią.
Ciasno nam jest na świecie, duszno, chwilami nieznośnie.
I oto na pustyni tej odpoczywamy, odnajdujemy siebie.
Właściwie nie odpoczywamy, bo czas ten jeszcze nie przyszedł, ale będziemy odpoczywali, przeistaczali się duchowo na ludzi lepszych, gdy wobec tchnienia wieczności tej górskiej krainy potrafimy ocenić małostkowość naszych trosk, zabiegów, radości i smutków, których wirem porwani pędziliśmy bez opamiętania, bez celu, jak nieprzytomni.
Góry wioną na nas swym zimnym powietrzem, otoczą urokiem rzeczy wielkich.
Ten czas jeszcze nie nastał, lecz przyjdzie.
Tymczasem w Tatrach uprawiamy sporty i flirtujemy.
Bądź co bądź już dziś mamy w Polsce spory zastęp ludzi miłujących te jedyne nasze góry wysokie szczerze i bezinteresownie, a liczba ich wzrasta.
Był czas, gdy wskutek nieznajomości techniki alpinizmu i przesadnych pojęć o niebezpieczeństwach gór, wycieczki odbywano wyłącznie utartymi szlakami i zawsze pod kierunkiem przewodników-górali, którzy umiejętnie i zresztą nawet słusznie podtrzymywali w przyjezdnych gościach "z Polski" nastrój pewnego rodzaju zabobonnego lęku wobec świata turni i wirchów. Górale uważali swoich gości za skończonych niedołęgów, którzy potrafią spaść z każdego głazu, o ile zejdą z wychodzonej ścieżki. Kierowały nimi tu obawa utraty zarobków i szczera troska o życie i zdrowie "panów". Jeżeli weźmiemy pod uwagę niski poziom wychowania fizycznego u nas i idący z nim w parze brak wyrobienia fizycznego i zręczności, musimy przyznać przewodnikom słuszność. Takimi ciaraparami, jak nasza młodzież, a jeszcze bardziej ludzie dorośli z końca XIX wieku, należało się istotnie jak dzieckiem opiekować w górach.
Chadzano też dolinami, "bez przełęcze", rozłożystymi stokami na szczyty, piargami "bez Zawrat do Morskiego Oka". Często hucznie, szumnie, z muzyką, na wzór "pana Chałubińskiego".
Sielanka ta trwała mniej więcej do końca XIX wieku.
W pierwszych latach wieku naszego nastąpił przewrót o tyle radykalny, o ile przedtem zastój - mam na myśli technikę alpinizmu - był długi. Z powietrza, z "ducha czasu" przyszło hasło: bez przewodnika.
I poszli - młodzież - bez przewodnika.
Pod wpływem zaznajomienia się z literaturą alpinistyczną i zetknięcia się osobistego z niemieckimi alpinistami, z których paru przybyło w Tatry i dokonało wejść na szczyty trudnymi drogami (Ostry Szczyt, Żabi Koń), z jednej strony, pod wpływem haseł samodzielności i tężyzny z drugiej, polscy alpiniści-taternicy - z przewodnikiem zerwali. Za ich przykładem poszli nie alpiniści - wycieczkowcy - turyści.
Z wyjątkiem ludzi starszych i kobiet wszyscy poszli bez przewodników.
Wynik łatwo było przewidzieć. Obok znakomitego, nadzwyczaj szybkiego rozwinięcia się taternictwa, które w ciągu kilku lat stanęło na poziomie zachodnio-europejskiego alpinizmu, zaczęła w sposób przerażający wzrastać liczba wypadków.
Do tego czasu liczba wypadków w ogóle, a śmiertelnych w szczególności, była bardzo mała. Zwłaszcza w okresie uporządkowania spraw turystyki górskiej przez Towarzystwo Tatrzańskie i prowadzenia wycieczek przez przewodników takie zdarzenia należały do bardzo rzadkich wyjątków. Z chwilą przyjęcia nowej zasady, przygody z mniej lub więcej dotkliwym wynikiem dla poszkodowanych przybrały szerokie rozmiary: wracali z gór niefortunni turyści z podwiązanymi głowami, rękami, w podartym odzieniu. Zabłąkani w niepogodę, którym udało się jednak szczęśliwie powrócić, coraz częściej napełniali troską i rozpaczą serca swoich najbliższych.
Niejednokrotnie trzeba już było organizować ratunkowe wyprawy, co było rzeczą zupełnie niełatwą wobec braku środków technicznych i ludzi, jako tako orientujących się w sprawach ratownictwa. Właściwie za każdym razem musiało się improwizować wyprawę, której organizacja i sprawność zawsze, w zależności od osób biorących w niej udział, były rzeczą przypadku. Przygotowania do niej zabierały tak wiele czasu, że nieszczęśliwy turysta mógł lekko zemrzeć, zanim wyprawa wyruszyła z Zakopanego. Mnie samemu zdarzało się organizować poważniejsze wyprawy, na których sklecenie trzeba było stracić niespełna cały dzień drogiego czasu. Przychodziło się do domu przewodnika gdzieś na Gubałówce, Bystrem lub innym Żywczańskiem.
- Gazda w domu?
- Ni, konie pasie pod lasem. Jędrek, chybaj po ojca. Leciał Jędrek i po długiej chwili wracał zdyszany.
- Ociec nie pój dom, bo jutro jadom na jarmark.
Trzeba było iść na drugi koniec zakopiańskiego świata, na trzeci i czwarty, zanim zebrało się gromadkę ludzi.
A czasem, niestety, słyszało się odpowiedź:
- Dacie sto papirków, to pójdem.
Słuszność każe zaznaczyć, że takie odpowiedzi należały do wyjątków. Mnie osobiście raz jeden to się zdarzyło. W ogóle górale-przewodnicy szli chętnie. Uprzedzali, że trzeba zapłacić, ale szli.
Gdy ludzie już byli, należało kupić zapasy żywności, wydostać gdzieś liny w dostatecznej ilości, latarki, pochodnie, jeżeli wyprawa miała odbyć się w nocy, środki opatrunkowe, wreszcie konie do Kuźnic lub dalej.
Na tych przygotowaniach schodziła większa część dnia, tak że wyprawa ruszała pod wieczór, albo dnia następnego o świcie.
Jeżeli wypadek zdarzył się w sezonie turystycznym, łatwiej było pomoc zorganizować. Po sezonie jednak sprawa ta z powodu braku ochotników-turystów przedstawiała się zwykle o wiele gorzej.
W okresie tym wstępnym, w którym odbywało się niejako różniczkowanie się pierwiastków ludzkich przyszłego Pogotowia Ratunkowego, zawsze z gorliwą i wydatną pomocą śpieszyli z miejscowych mieszkańców: śp. Klimek Bachleda, śp. Józef Lesiecki, pp. Stanisław Barabasz, Stanisław Zdyb, Henryk Bednarski i Gustaw Kaleński.

Ćwiczenia Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego w pierwszych latach jego istnienia. Z lewej Mariusz Zaruski. Fot. Władysław Werner

Ponieważ byłem przedstawicielem Towarzystwa Tatrzańskiego w Zakopanem, najczęściej rodziny zaginionych turystów, po długim chodzeniu od Annasza do Kajfasza, od Gminy do Klimatyki, trafiały ostatecznie do mnie. W ten sposób do listy powyższej muszę dodać również swoje nazwisko.
Niedostateczność środków, którymi rozporządzaliśmy, tak w ludziach jak materiale, brak sprawności i zgrania się za każdym razem w innym składzie występującej drużyny zniewalały do zastanowienia się nad sposobami zaradzenia złemu. Ze śp. Mieczysławem Karłowiczem, który wówczas był osiadł w Zakopanem, prowadziłem niejednokrotnie na ten temat rozmowy.
Ostatecznie przyszliśmy do przekonania, że trzeba tu założyć specjalnie do gór towarzystwo ratunkowe. Środków pieniężnych żadnych nie było. Należało zatem odwołać się do ofiarności publicznej.
Napisaliśmy więc ze śp. Karłowiczem odezwę, którą grono obywateli miejscowych z p. drem Kazimierzem Dłuskim na czele podpisało i rozesłało do czasopism.
W ten sposób założenie Pogotowia Ratunkowego zostało zdecydowane.
Składki popłynęły dosyć obficie i wkrótce można było już myśleć o zrealizowaniu projektów. Niestety, jednemu z moralnych założycieli towarzystwa, śp. Karłowiczowi, nie danym było ujrzeć zorganizowanej w Straż Ratunkową drużyny Pogotowia. Niemal w tym składzie, w którym weszliśmy potem do Pogotowia jako ratownicy, w dniu 10 lutego 1909 r., rozwalaliśmy łopatami grób jego śnieżny, ogromną lawinę, która pod stokami Małego Kościelca przecięła pasmo tak wiele obiecującego jeszcze życia. Bez Jego wydatnej pomocy wypadło wykonać dalsze organizacyjne prace.
Bądź co bądź w tym czasie, jakkolwiek jeszcze nie zalegalizowane, istniało już Pogotowie w postaci drużyny, stanowiącej Straż Ratunkową.
Zdarzyło się tak, że mnie wypadło kierować ostatnimi wyprawami jeszcze przed założeniem Pogotowia. Z natury też rzeczy, jako nieurzędowemu naczelnikowi Straży Ratunkowej, mnie też wypadło wykonać wstępne prace nad zorganizowaniem drużyny ratunkowej i technicznego sprzętu. Piszę o tym z obowiązku kronikarza, gdyż tak było istotnie.
Miałem przed sobą dwa główne zadania: zorganizować i wyszkolić ludzi i sprawić lub sprowadzić ratownicze przyrządy. Zadanie pierwsze było łatwiejsze, gdyż miałem już ochotniczą drużynę, która dotychczas zawsze na ratunek zaginionym śpieszyła, złożoną z doświadczonych wilków górskich, po części przewodników-górali, po części mieszkających stale w Zakopanem turystów. Nazwiska ich wymienię. Turyści: Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria (Nowy Targ) i Stanisław Zdyb. Przewodnicy: Klimek Bachleda, Stanisław Gąsienica Byrcyn młodszy, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Jakub Wawrytko Krzeptowski, Jan Pęksa, Wojciech Tyłka Suleja i Szymon Tatar młodszy.
Oprócz tego miałem na widoku cały szereg dobrych młodych przewodników, na których stały udział w ratownictwie mogłem zawsze liczyć. Spodziewałem się też, że wszyscy doświadczeni turyści, którzy z roku na rok tłumnie zjeżdżają do Zakopanego, nie odmówią swej pomocy i gremialnie zapiszą się do Pogotowia. Że przeto w razie wypadku stanie do apelu kilkudziesięciu doświadczonych ochotników, którzy działając pod jednym kierownictwem, rozejdą się w górach różnymi drogami i w ciągu kilku lub kilkunastu godzin bezwarunkowo znajdą ofiarę. Nadzieje moje tutaj zawiodły zupełnie,
Z wybitniejszych zamiejscowych turystów zapisało się zaledwie kilku. Nie wchodzę w powody, które powstrzymały ich od udziału w Pogotowiu. Stwierdzam tylko sam fakt. Późniejsze wyprawy wykazały, że pomoc tych turystów w ratownictwie była sporadyczna i dowolna: przychodzili, kiedy chcieli i odchodzili tak samo. Liczyć przeto na nich w ciężkiej służbie, którą niosło Pogotowie, nie można było, skuteczność bowiem akcji wymaga jej celowości, ta zaś wyklucza wszelką dowolność.
Tak więc na samym początku Pogotowie oparło się na grupie miejscowych turystów i przewodników i tak przetrwało do chwili obecnej.
Ludzie byli. Należało ująć ich w karby takiej lub innej organizacji i obmyśleć metody ratownictwa. Stałem na tym punkcie widzenia i, poglądu tego do dziś nie zmieniłem, że jakąkolwiek miałaby być organizacja Straży, musi ona być sprawna, musi umieć działać najskuteczniej z najmniejszą stratą czasu i sił. Taką zaś może być tylko organizacja na sposób wojskowy. Bezwzględny posłuch musi być jej podstawą.
Zdecydowawszy się na to założenie, napisałem Regulamin Straży Ratunkowej, który przez Zarząd Towarzystwa został zatwierdzony w czerwcu 1910 r.
Myślą przewodnią jego jest ofiarność w niesieniu pomocy i karność.
W Straży Ratunkowej obowiązuje posłuch wojskowy: nie wolno nie spełnić rozkazu, ani krytykować zarządzeń naczelnika i kierowników Oddziałów, ani odmówić udania się na wyprawę. Na "baczność" cisza bezwzględna.
Członkowie Straży Ratunkowej (czynni) składają uroczyste ślubowanie gorliwej służby na ręce naczelnika i obowiązani są bez względu na porę roku, dnia i stan pogody stawić się na jego wezwanie i udać się w góry w celu niesienia pomocy zaginionym lub rannym. Za opieszałość, niestawienie się w razie wyprawy na punkt zborny lub niewykonanie rozkazu Regulamin przewiduje surowe kary.
Z uczuciem wielkiego zadowolenia i pewnego rodzaju dumy na tym miejscu muszę zaznaczyć, że kar tych nigdy nie trzeba było stosować - tak wielkie było poczucie obowiązku u członków Straży.
Na podstawie uzyskanych już doświadczeń zostały ułożone w system sposoby poszukiwania i ruchy oddziałów, udających się na poszukiwania, ustalone komendy i przewidziane dla każdego oddziału dowództwo.
Obmyślana również została sygnalizacja słuchowa i wzrokowa.
Tę ostatnią ułożyłem w system najprostszy, taki, który byłby dostępny dla ludzi, w bardzo małym stopniu posiadających umiejętność czytania i pisania, większa bowiem część przewodników biegłością w tym kierunku się nie odznaczała. Sygnalizacja ta została wydana w formie kieszonkowych bloczków pod nazwą: "Tatrzański telegraf wzrokowy" i niejednokrotnie w górach oddała usługi. Np. wiadomość o znalezieniu ciała śp. Szulakiewicza była podana za pomocą tego telegrafu ze ściany Małego Jaworowego do Jaworowej Doliny, a stamtąd do Zakopanego.
Dla członków Straży Regulamin nie przewiduje innych władz w zakresie akcji ratunkowej i ćwiczeń oprócz naczelnika i jego zastępcy. W razie wyprawy Straż Ratunkowa, zależnie od liczby uczestników i planu poszukiwań dzieli się na kilka Oddziałów (najmniej 3 ludzi w każdym), które pod dowództwem kierowników udają się w góry według marszrut i rozkazów naczelnika. Kierownik jest tu dowódcą Oddziału. Regulamin jednak daje pod tym względem swobodę naczelnikowi, pozwalając mu w zależności od składu osobowego powołanych na wyprawę i ich kwalifikacji za każdym razem naznaczać tych lub innych na kierowników.
Zasadniczo Oddziały posuwają się różnymi drogami - ściślej bezdrożami - łącząc się na miejscu wyznaczonego z góry noclegu.
W razie potrzeby porozumiewają się ze sobą za pomocą tatrzańskiego telegrafu wzrokowego. Gdy trzeba przeszukać rozleglejszy teren, rozsypują się w łańcuch tyralierski, porozumiewając się wówczas ze sobą gwizdkami. Najczęściej na ścianach stosowałem tę zasadę, że jeden oddział posuwał się granią, drugi trawersował ścianę w połowie jej wysokości, trzeci - ponad piargami, przeszukując żleby i śniegi. Rzecz prosta, że zasady tej nie zawsze można było ściśle się trzymać.
Wszyscy bez wyjątku członkowie czynni obowiązani są raz do roku przejść kurs niesienia pierwszej pomocy rannym - pod kierunkiem lekarza Pogotowia - oraz kurs techniczny ratownictwa - pod kierunkiem naczelnika Pogotowia.
Jeszcze przedtem został napisany Statut Towarzystwa, Statut ten uzyskał urzędowe zatwierdzenie przez ówczesne Galicyjskie Namiestnictwo dnia 29 października 1909 r., który to dzień należy uważać za dzień założenia Pogotowia.
Największą trudnością do rozwiązania dla mnie była sprawa odszkodowania pieniężnego dla członków Straży.
Nie wątpiłem o dwóch rzeczach:
1) że nikt z członków Straży nie śmie w ogóle pytać o zapłatę, tylko iść w góry i ratować.
2) że Pogotowie powinno być ochotnicze.
Z drugiej strony, jak można było oderwać ludzi pracy, a wszyscy miejscowi członkowie byli ludźmi pracy rąk lub umysłowej, od ich codziennych zajęć, stanowiących podstawę bytu dla nich i ich rodzin, na kilka lub nieraz kilkanaście dni i nie dać za to odszkodowania? Rozumiałem, że na takiej podstawie Pogotowie długo się nie utrzyma. Ludzie ci przy najlepszych nawet chęciach i ofiarności po prostu finansowo nie wytrzymają. Zmuszeni będą szeregi Pogotowia opuścić.
Jak pogodzić zasadę ochotniczości, która bez wątpienia istniała w samym założeniu, z kwestią odszkodowania za czas stracony? Bo tylko o czas tutaj chodziło. Nająć tych przewodników do podobnie niebezpiecznej i wyczerpującej pracy można było tylko za niepomiernie wysoką płacę. Normy zaś diet dziennych członków Straży, jak wiadomo, nie przekraczały przewodnickiej zapłaty. Praca na wyprawach ratunkowych, prowadzona zawsze w miejscach dzikich i nieprzystępnych, boć rzadko kiedy komu na dobrej drodze przygoda się przytrafiła, była tak wyczerpująca, że przewodnicy - ludzie do fizycznej pracy nawykli, po cięższych wyprawach parę dni w domu wypoczywali, zanim brali się do codziennej roboty.
Sprowadzone z krajów alpejskich statuty i druki, tyczące się ratownictwa, nie dały mi pod tym względem żadnych wskazówek. Prawie wszędzie tam organizacja Pogotowia górskiego opiera się na zupełnie innych zasadach. Marzyłem o organizacji o charakterze humanitarnego zakonu z surową dyscypliną wojskową. W Szwajcarii zaś, Tyrolu i innych krajach alpejskich ratownictwo należy do kompetencji osób urzędowych, zwykle lekarza zarządu klimatycznego, albo policji i zasadniczo polega na przewodnikach, którzy formalnie, z tytułu swego zawodu obowiązani są do niesienia pomocy. Przygodni turyści-ochotnicy biorą tam również udział w wyprawach. Nie miałem sposobności z bliska przyjrzeć się tej ich robocie, zdaje się jednak nie ulegać wątpliwości, że inicjatywa i plan samej akcji spoczywa w rękach przewodników.
Być może, że poziom moralny i poczucie obowiązku u tamtejszych przewodników są tak wysokie, a doświadczenie tak wielkie, że akcja ratownicza, opierając się na luźnej i do pewnego stopnia przygodnej organizacji, niewiele albo wcale na tym nie cierpi, jakkolwiek osobiście mam pewne wątpliwości. Sądzę, że ratownictwo oparte tam jest na takich podstawach z konieczności: obszary górskie są tam zbyt wielkie, a wypadki stosunkowo - wskutek dużego wyrobienia i zdyscyplinowania ogółu - zbyt rzadkie, ażeby można było ogarnąć kraj cały podobną organizacją ścisłą.
U nas stosunki są zupełnie odmienne. Przede wszystkim ogół nie jest obznajmiony z górami. Po drugie, ogół nasz z natury swojej jest lekkomyślny. Francuz, czy Niemiec, zanim uda się pierwszy raz w góry, przewertuje całą bibliotekę; pozna z książek góry, w których zamierza robić wycieczki, pozna techniczne sposoby pokonywania trudności, zaopatrzy się godnie w sprzęt turystyczny i tak przygotowany dopiero wstępuje w nową dla niego krainę.
Wskutek lepszego niż u nas wychowania szkolnego i całokształtu urządzeń społecznych nie zapomni zastosować się do przepisów lokalnych, zapisze tam i ówdzie w księdze swoje nazwisko i w ogóle roztropnie sobie poczyna. Jeżeli też wypadkowi ulegnie, akcja ratownicza ma ułatwione zadanie.
U nas dopiero po odbyciu kilku wycieczek, wskutek zrozumiałego zainteresowania się rzeczami widzianymi, początkujący turysta ima się książki. Dopiero wtedy dowiaduje się, jak powinien był wyekwipować się w góry, jakie błędy na wycieczkach swoich popełnił. Jeżeli wrócił cały, w niepotarganym ubraniu i nie nocował gdzieś "na klamrach", to dobrze. Znam wypadek, że pewien młody człowiek, przybywszy pociągiem po raz pierwszy do Zakopanego o godzinie 7 rano, wprost z dworca kolejowego udał się w góry, a o godzinie 3 po południu tegoż dnia znosiło go, ciężko rannego, Pogotowie z Giewontu.
Rzecz prosta, że tacy turyści nie podadzą nigdzie celu swojej wycieczki, a jeżeli podadzą, to zmienią go dziesięć razy. Znaleźć takiego turystę w razie wypadku często jest rzeczą bardzo trudną.
Ogół naszych przewodników nie jest jeszcze na tyle wyrobiony, ażeby samodzielnie mógł podołać tak odpowiedzialnym zadaniom.
Szwajcaria, Węgry, Tyrol nie dały mi możliwych do przyjęcia wzorów. Trzeba było zatem uciec się do metody dla mnie najmilszej - do pracy twórczej. Tak też i postąpiłem.
Mając pewne już w tym względzie doświadczenie, obmyśliłem a priori zasady i szczegóły naszej organizacji ratowniczej. Rozumiejąc zaś, że zmiany kierownika - w tym wypadku naczelnika Straży Ratunkowej - powodują często zmiany metod działania, co się szkodliwie odbija na całokształcie spraw instytucji, i pragnąc w przyszłości uchronić Pogotowie od tego, drukując księgi i różne formularze, zrobiłem, przyznaję się, taki ich zapas, że starczy go jeszcze na długo. Niech mi ten podstęp przyszli naczelnicy Straży wybaczą.
Wracam jednak do sprawy odszkodowania.
Wiedziałem, że przyjąwszy zasadę odszkodowania za czas na wyprawie stracony dam broń w rękę niechętnym, których do żadnej dobrej sprawy w Polsce nigdy nie zbraknie. Zrobią oni z Pogotowia towarzystwo, zarobkujące w tak oryginalny sposób i niegodny - dodam, gdyż na nieszczęściu ludzkim oparty.
Wiedziałem, że odrzuciwszy tę zasadę, rozbiję zgrupowane już zaczątki Pogotowia, ponieważ, jak już zaznaczyłem, większość członków Straży Ratunkowej materialnie zadaniu nie sprosta. Wprowadzać zaś do drużyny ratowniczej dwie różne kategorie członków, pobierających diety i niepobierających, znaczyło to krzywdzić ludzi mniej zamożnych, sprowadzając ich tym samym do roli najemników. Wszakże oni te same trudy ponosili i nieraz życie swe narażali na równi z innymi! i to rzekomo mieli czynić dla taksy przewodnickiej? Nie, na to się zgodzić nie mogłem.
Ostatecznie rozwiązanie tej trudnej dla mnie sprawy dał statut Krakowskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Tam za dyżury swoje i pracę w warunkach bądź co bądź bardzo dobrych i życiu nie zagrażających słuchacze medycyny i lekarze pobierają honoraria. A nikt charakteru ochotniczości towarzystu nie odmawia. W dodatku poświęcają oni towarzystwu w ten sposób godziny swej pracy.
Tu dnie, czasem tygodnie nawet mijają członkom Straży w warunkach najfatalniejszych, niszczących zdrowie, odzież, często wręcz niebezpiecznych, zwykle w najgorszą pogodę, i zasady honorowania zastosować nie można? Dlaczego?
Poniechałem wątpliwości i zasadę tę wprowadziłem do Regulaminu.
Członkowie założyciele z drem Kazimierzem Dłuskim na czele mieli ten sam punkt widzenia i odnośne paragrafy zostały przyjęte. Opiewają one, że "Członkowie czynni pełnią swój obowiązek w zasadzie bezpłatnie, za zwrotem jednak wydatków w czasie wyprawy przez nich poniesionych". "Wysokość wynagrodzenia określa Zarząd Towarzystwa". "Zasadą, którą przede wszystkim ma się zarząd kierować przy rozstrzyganiu kwestii wynagrodzenia pieniężnego dla każdego z członków Straży, jest, czy członek poszczególny został wskutek wyprawy oderwany od swych zajęć zawodowych, przez co poniósł straty, czy też wyprawa zastała go wolnym od zajęć i nie naraziła bezpośrednio na straty materialne".
Tak podwaliny organizacyjne towarzystwa zostały założone.
Należało pomyśleć o przyborach ratowniczych.
Większą ich część wypadło również zaimprowizować.
Oprócz zwykłych przyborów turystycznych, potrzebnych każdemu w trudnym terenie jak: liny, haki, czekany, pętle, nie mówiąc już o takich jak: ubrania nieprzemakalne, latarki, kuchenki spirytusowe itp., sporządzono na miejscu apteczki podręczne, toboggan ratunkowy, sprowadzono siatki do przenoszenia rannych (nosze zwykłe w terenie górskim nie nadają się do użytku), bambusy, których zastosowanie do siatek okazało się praktyczne, różne woreczki na prowianty, gwizdawki, kompasy itp., wreszcie wózek kryty dwukołowy specjalnie do przewożenia rannych drogami. Dzięki pomocy dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, p. Stanisława Barabasza, zostały wykonane w tejże szkole szafy z zamykanymi przedziałkami na przybory turystyczne każdego z członków Straży, szafki i biurko na księgi itp. i w ten sposób sprzęt ratunkowy Pogotowia został skompletowany.
Wszystko tu, z wyjątkiem siatek, wózka i osobistych przyborów, zostało zaprojektowane oryginalnie i wykonane na miejscu. Doświadczenie późniejsze wykazało przydatność tych sprzętów do swego celu.
Po urzędowym zatwierdzeniu przez Namiestnictwo statutu towarzystwa dokonano wyborów. Przewodniczącym towarzystwa został dr Kazimierz Dłuski, dyrektor Sanatorium, zastępcą p. Stanisław Barabasz, dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego, naczelnikiem Straży Ratunkowej autor niniejszego, zastępcą Klimek Bachleda, lekarzem Pogotowia dr Wacław Kraszewski. Za godło towarzystwa przyjęto krzyż niebieski na polu białym.
Pragnąc oprzeć byt Pogotowia na trwałych finansowych podstawach, wniosłem w roku, o ile sobie przypominam 1913, do Komisji Klimatycznej w Zakopanem, jako jej członek, projekt utworzenia żelaznego kapitału, z którego odsetki miały być w przyszłości obracane na pokrycie wszelkich wydatków związanych z wyprawami ratunkowymi.
Według tego projektu każda, przybywająca do Zakopanego i opłacająca taksę klimatyczną, osoba miała uiścić jednorazowo na rzecz żelaznego kapitału Pogotowia 10 hal. (dziesięć halerzy). Po dwudziestu latach drobne te opłaty utworzyłyby fundusz nienaruszalny, zabezpieczający swoimi odsetkami wszelkie potrzeby wypraw ratunkowych.
Na posiedzeniu Komisji gorąco Broniłem projektu, dowodząc, że Zakopane byt swój i rozwój zawdzięcza Tatrom; że wypadki będą i nadal powtarzały się w górach, że Komisja Klimatyczna jako taka ma obowiązek zajęcia się sprawą ratownictwa itd., itd. Wymowa moja nic nie pomogła. Ojcowie Zakopanego, z wyjątkiem małej garstki wiecznych opozycjonistów w zakresie stosunków przedstawionych w "Bagnie" Stanisława Witkiewicza, jak jeden mąż powstali przeciw projektowi i projekt w głosowaniu upadł. Ojcowie stali na tym stanowisku, że owe 10 hal. opłaty krzywdziłyby nadmiernie przyjezdnych gości, którzy i tak są niezadowoleni z obowiązku płacenia taksy klimatycznej. W rok potem po raz drugi wniosłem na posiedzeniu swój projekt i po raz drugi on upadł. Sprawiedliwości stało się zadość.

LISTA

członków Straży Ratunkowej T.O.P.R,, którzy złożyli ślubowanie służbowe:
  1. Henryk Bednarska
  2. Stanisław Gąsienica Byrcyn
  3. Jan Stopka Ceberniak
  4. Tadeusz Korniłowicz
  5. Paweł Kittay
  6. Leon Loria
  7. Rafał Malczewski
  8. Jędrzej Marusarz Jarząbek
  9. Stefan Mazurkiewicz
  10. Jan Obrochta
  11. Józef Oppenheim
  12. Jan Pęksa
  13. Jakub Wawrytko Krzeptowski
  14. Adam Wisłocki
  15. Mariusz Zaruski
  16. Stanisław Zdyb
  17. Janusz Żuławski
ZMARLI:

  1. Konstanty Aleksandrowicz
    jako kapitan Legionów Polskich ciężko ranny w r. 1916 w bitwie na Wołyniu zmarł w r. 1918 w szpitalu w Krakowie, mając lat 34.
  2. Klemens Bachleda
    zginął na wyprawie ratunkowej na Małym Jaworowym dnia 6 sierpnia 1910 r., mając lat 63.
  3. Józef Lesiecki
    jako kapral Legionów Polskich zginął w bitwie pod Łówczówkiem dnia 25 grudnia 1914 r., mając lat 28.
  4. Jan Małachowski
    zmarł dnia l października 1917 r. w Zakopanem, mając lat 32.
  5. Szymon Tatar młodszy
    zmarł w r. 1919 w Zakopanem, mając lat 68.
  6. Wojciech Tyłka Suleja
    jako kapral wojska austriackiego zmarł w r. 1916 w szpitalu w Albanii, mając lat 40.
  7. Jerzy Żuławski
    zmarł w służbie Legionów Polskich w szpitalu w Dębicy dnia 9 sierpnia 1915 r., mając lat 41.
CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!

LISTA

członków T.O.P.R., którzy brali udział w wyprawach ratunkowych, nie złożyli jednak ślubowania służbowego:
  1. Jarosław Chełmiński
  2. Jan Ciaptak
  3. Wawrzyniec Dzielawa
  4. Henryk Grosman
  5. Józef Gąsienica Tomków
  6. Zdzisław Rittersschild
  7. Aleksander Schiele
  8. Kazimierz Schiele
  9. Mieczysław Swierz
  10. Władysław Ziętkiewicz
POST SCRIPTUM

Pozwólcie, towarzysze wypraw ratunkowych, że na tym miejscu zwrócę się do Was nie ze słowami podzięki, bo wdzięczność tu nie na miejscu, pełniliście służbę swoją z poczucia obowiązków humanitarnych, ale z wyrazami głębokiego uznania za Wasz trud nieraz nad siły, za Waszą karność i dobrowolne poddanie się surowym regulaminom, za Waszą gotowość każdej chwili śpieszyć nieszczęśliwym z pomocą bez względu na swoje sprawy, wygody i bezpieczeństwo. Świadczę tutaj publicznie, żeście ważyli się wielokrotnie na przedsięwzięcia, które mogliście życiem przypłacić, czy to wisząc w najdzikszych miejscach nad przepaściami, czy to podstawiając swoje głowy na spadające lawiny kamieni, czy to prąc się w mrok, kurniawę lub plute tatrzańską w nieznane czeluści, kominy i żleby, ociekające lodowatą wodą, która powoli siły Wasze jak wampir w siebie wchłaniała. Krzesaliście wtedy nowe siły ze swego ducha i szliście dalej.
Na barkach swoich znieśliście z gór i oddaliście życiu niemały zastęp ludzi żywych, niemało też umarłych oddaliście ziemi.
Nie mogąc z powodu innych obowiązków pełnić dziś stale służbę Waszą zaszczytną, z rozrzewnieniem wspominam Was, zebranych gdzieś na noclegu pod gołym niebem, przy watrze, sięgającej płomieniem do wierzchołków smreków, albo w skupieniu całej mocy ducha zabierających się do wydarcia górom ofiary, którą już dostrzegliście.
Wam, którzyście złożyli ślubowanie walki z górami w obronie życia bliźniego, braterskie ślę pozdrowienie.