Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Z wypraw Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego

Ciężkie, zaiste, budzą się w duszy wspomnienia, gdy przebiegam myślą przebyte wyprawy. Przyroda w ogóle ma swoją duszę, przyroda górska w szczególności. Pomimo pozornej martwoty ścian, krzesanic i żlebów świat ten żyje życiem odrębnym, twardym, surowym jak granit turni, jak kryształowa woda potoków.
Duch gór unosi się ponad tą orlą krainą i zazdrośnie strzeże jej skarbów. Dla ludzi, którzy z czystym sercem, przepełnionym miłością i podziwem dla jej królewskiego przepychu, wstępują w progi tej gotyckiej świątyni, pełen jest łaskawej dobroci i troskliwości. Jak ojciec kieruje ich krokami na zawrotnych wyżynach, wskazuje chwyty na litych skrzyżalach, stopom daje oparcie na listewkach krzesanic a strudzonym mięśniom moc stali. On uchyli od człowieka głaz, przeszywający powietrze ze złowieszczym furkotem, odbiwszy go od ściany żlebu, lawinie śnieżnej każe przewalić się mimo... A kiedy mrok nocy oczom drogę przesłoni, on wskaże krzak kosodrzewiny na całopalenie, ażeby życiodajnym ciepłem podtrzymać tętno w zamierającym już ciele. Błogosławieni są wierni!
Lecz biada profanom! Tym, którzy przekraczając progi jego świątyni, niosąc w duszy echa rozgwaru życia tak dalekiego i tak obcego... Których usta kłamią, gdy mówią: tak, to jest piękne, a myśli błądzą po kwiecistych bulwarach. Duch gór, władca tej prastarej dziedziny, na pierwszej perci pokrwawi im stopy, a kiedy stawy spojrzą na nich z dołu modrymi swymi oczyma, odbierze im siłę ducha, że drżeć poczną na ciele, jak liść osiki. Zdradliwie znęci ich na śniegi zlodowaciałe, drzemiące w czeluściach żlebów, ażeby rzucić zakrwawione ich ciała na piargi. Albo otoczy ich zimną siąpawicą i przykuje ściany na powolne konanie.
Smutne obrazy przewijają się w mej pamięci, gdy piszę te słowa.
Bo widzę pokaleczone straszliwie ciała śmiałków, którzy z lekkim sercem szli ku tym turniom, jak na miejską przechadzkę, nie złożywszy górom daniny skupienia się i powagi. Nie wiedzieli, gdzie są i kędy swe kroki kierują. I tych lekkomyślnych, którzy dla źle pojętej sławy porwali się do rozwiązania zadań, przerastających ich siły. I tych, których nieszczęśliwa przygoda w przepaść strąciła. Widzę zakrzepłą ich krew na ścianach i kości zostawione na półeczkach krzesanic...
Te smutne wspomnienia krzyżują mi się w duszy z uczuciem ponownie przeżywanej radości, że jednak nie wszystkich zaginionych śmierć pochłonęła. Że z liczby 52 osób, którym Straż Ratunkowa z pomocą śpieszyła, 25 osób uratowanych wróciło do swoich bliskich. Żywa to radość i wielka.
Wojna oswoiła nas z różnymi okropnościami, o których ze zgrozą będą mówiły przyszłe pokolenia, stępiła nam nerwy.
Widziałem i ja na wojnie, jako jej uczestnik, rzeczy nieludzkie i dzikie. Nie zatraciłem wszakże zdolności sądu w tych sprawach. I to mogę bezstronnie powiedzieć, że śmierć człowieka w górach jest gorsza, groźniejsza od śmierci na polu wałki. Tu szał, podniecenie gromady idącej do boju, nadzieja szybkiej pomocy w razie zranienia, tam beznadziejna świadomość powolnego konania wśród otoczenia budzącego grozę w samotnym, nienawykłym do tych obrazów nawet zdrowym turyście.
Trzeba pamiętać, że ciężkie sytuacje, w których ofiary gór się znajdowały, najczęściej przytrafiały się w czasie najgorszej pogody, gdy chmury kłębami nieprzejrzystej zasłony otaczały świat cały, a zimna pluta na przemiany z kurniawą śniegu pogrążały go w topiel.
W taką pogodę ani turysta, ani juhas nie wychodzi spod dachu i samotny nieszczęśnik, którego zły los uwięził gdzieś w skałach, beznadziejnie ogląda się wkoło, nie mogąc z oniemiałej od wołania krtani wydobyć już głosu.
Tak mijały mu nieraz godziny, dnie nawet w okropnych katuszach, aż przyszła nareszcie pomoc, albo... śmierć dobroczynna.
Śmierć w górach, o ile nie nastąpi od razu, jest straszna.
Ma w sobie ponurość tragizmu i siłę nieprzepartą fatum.
Jak odbywały się wyprawy Pogotowia?
Najczęściej tak:
Rodzina, lub bliscy zaginionego turysty, zaniepokojeni dłuższą jego nieobecnością, zwracali się do naczelnika Straży. Ponieważ ja nim byłem, więc będę mówił o sobie. Słuchałem uważnie opowiadania stroskanych ludzi, rozważając w duchu, czy istotnie zachodzi tutaj możliwość wypadku, czy też jest to zwykłe spóźnienie się źle obliczającego czas i drogę turysty.
Niepodobieństwem było na każde, zrozumiałe zresztą zaniepokojenie i prośby rodziny alarmować Straż Ratunkową i ruszać z nią na wyprawę. Bylibyśmy w ten sposób zmuszeni z gór prawie nie schodzić, gdyż wizyty takie w sezonie powtarzały się bardzo często. Wyznam, że chwile rozważania możliwości wypadku były dla mnie najcięższe. Nie wrócił. Może przyjść w nocy, lub jutro rano. a jeżeli nie przyjdzie? Jeżeli istotnie przytrafiła mu się przygoda? Były to chwile dla mnie najintensywniejszej intuicyjnej pracy myśli. Maszerowałem w duchu razem z tym turystą jego drogą, wnikałam w jego psychologię, biorąc pod uwagę wiek jego, turystyczne doświadczenie, wyekwipowanie, charakter, nerwy; razem z nim wahałem się na rozstajach ścieżek górskich, gubiłem razem z nim drogę tam, gdzie ona istotnie w piargach się gubi, wpadałem razem z nim w stan zniecierpliwienia i podniecenia - i ostatecznie na coś się decydowałem. Późno już było. Wrócę jutro i on ze mną powróci.
Bądź co bądź było w tym coś z gry w ciuciubabkę. Pamiętam, wracaliśmy wtedy - jeszcze przed założeniem Pogotowia z wyprawy po Zygmunta Dadleza, któregośmy tego dnia nie znaleźli, gdyż idąc za kategorycznymi wskazówkami rodziny, szukaliśmy go w Nosalu i lasach Kopieńca, a on drugi już dzień tkwił nad przepaścią, przylepiony do ściany Buczynowej Turni. Na polance w Jaworzynce przystanęliśmy na odpoczynek. Namawiałem wtedy Klimka Bachledę, ażeby zajął moje miejsce w Pogotowiu i został naczelnikiem. Ja będę jego podkomendnym. Nie pomogły perswazje i namowy, nie pomogły argumenty takie, jak większa znajomość gór i doświadczenie, że wszyscyśmy równi, a tu idzie o dobro sprawy itp. Klimek nie wahał się i głuchy był na wszystko. Całą odpowiedź sformułował w tych słowach:
- Ni, ja duszy ludzkiej nie wezmę na swoje sumienie. Potem, gdy miały się odbyć urzędowe po zatwierdzeniu statutu wybory naczelnika Straży, namawiałem go po raz drugi.
I po raz drugi usłyszałem tę samą odpowiedź.
Rozumiał dobrze Klimek, co mówił. Wiedział, że przy najlepszym prowadzeniu wyprawy i najsumienniejszych poszukiwaniach jest w tym pierwiastek ryzyka. A gdyby stwierdzonym zostało, że zginął ktoś wskutek złych zarządzeń w poszukiwaniach? że szukano go nie tam, gdzie należało, że teren źle przeszukano i zostawiono za sobą? Nie byłoż mądrości w słowach starego wilka górskiego?
Klimek odmówił. Cóż robić? Musiałem ryzyko wziąć na swoje barki, chociaż nie gorzej od Klimka zdawałem sobie z tego sprawę.
Dobry los nie obarczył mego sumienia ani jednym życiem ludzkim w górach, chociaż prowadziłem niemal wszystkie wyprawy do czasu wojny. Nawet śmierć Szulakiewicza, od którego z Klimkiem i Zdybem byłem już w odległości 80 m, i którego konający głos słyszeliśmy wśród lodowatej powodzi i trzaskania piorunów na ścianie Małego Jaworowego - nawet śmierć jego nie cięży na moim sumieniu. Dalej czołgać się sił już nie mieliśmy. Powoli przy tym, stopniowo zamarzaliśmy sami. Gdybyśmy jakimś nadludzkim wysiłkiem i dotarli do niego, to chyba po to, ażeby lec obok niego i umrzeć. Mówię to prosto i bez żadnej przesady. Tak było w rzeczywistości.
Nie jest to moja zasługa, że nie spowodowałem swoimi zarządzeniami śmierci niczyjej. Powtarzam, zawsze mi się to mogło przydarzyć - taki już jest charakter pustyni, a dusza i ciało ludzkie ułomne. Że tak się nigdy nie stało - to prosty szczęśliwy przypadek.
Słuchając opowiadania, rozważałem tedy wszelkie możliwości i często bardzo odmawiałem ruszenia z wyprawą. Uspokajałem zbiedzonych ludzi, obiecywałem, turysta w nocy lub rano powróci i żegnałem się z nimi. Zawsze szczęśliwie trafiłem: turysta w nocy lub rano powracał, o czym uradowana rodzina nie omieszkała nigdy mię zawiadomić.
Lecz nieraz bywało inaczej. Z opowiadania wnioskowałem, że coś tutaj niedobrze. Pewne szczegóły, na które opowiadający sami nie zwracali uwagi, budziły troskę mej duszy. Znajomość gór i trochę znajomości psychiki ludzkiej przychodziły mi tutaj z pomocą. Być może w pewnym stopniu działało tutaj ?psychologiczne współczucie? na odległość, nie wiem. Dość, że decydowałem się na wyprawę.
Wówczas notowałem szczegółowo wiek, wygląd zewnętrzny turysty, jego odzież d ekwipunek, a szczególnie podkucie butów i laski. Te szczegóły nieraz były jedynym wskaźnikiem w poszukiwaniach. Nie tracąc czasu, przez kursora natychmiast powoływałem Straż Ratunkową. Zbiórkę naznaczałem w 1 1/4 godz. po doręczeniu wezwania na wyprawę kursorowi (w Zakopanem duże odległości) w Dworcu Tatrzańskim, sam ekwipowałem się szybko i śpieszyłem na zbiórkę. Nie było wypadku, ażebym bez usprawiedliwionego powodu kogokolwiek z wezwanych członków Straży w Dworcu nie zastał.
Dzieliłem Straż na oddziały i wyznaczałem ich kierowników, rozdawałem marszruty oddziałom. Członkowie ekwipowali się w sprzęt ratowniczy. Jeszcze 15-20 minut na zakup chleba i wędlin (inne zapasy suszone, cukier, herbata itp. były na miejscu w Pogotowiu) i Straż Ratunkowa wyruszała powozikami lub furkami - co było pod ręką. Dojeżdżaliśmy dla oszczędzenia sił zawsze jak najdalej, po czym wyznaczone oddziały rozchodziły się według swoich marszrut w różne strony.
Poszukiwania zaginionego odbywały się tak, jak wyjaśniłem w poprzednim rozdziale: grupami lub linią tyralierską.
Jeżeli poszukiwania pierwszego dnia nie dały pożądanego wyniku, na miejscu noclegu wyznaczałem nowe marszruty. Na drukowanych ad hoc formularzach, noszących nazwę marszrut, wypisane były: kierunek drogi, dokładny rysopis, ubranie i nazwisko zaginionego, przekonałem się bowiem, że członkowie sami ustnie podane informacje niejednokrotnie mylili. Marszruty te, z objaśnieniami w polskim, niemieckim, węgierskim i słowackim języku stanowiły zarazem legitymację wobec władz austriackich i węgierskich.
Akcja ratownicza, bez względu na pogodę, trwała z dnia na dzień aż do skutku, tj. do czasu znalezienia turysty, jego zwłok lub otrzymania nowych jakichś wiadomości.
Praca zawsze była ciężka, niekiedy nieludzko ciężka. Każdy z uczestników oprócz liny, haków i czekana dźwigał na sobie plecak z zapasami żywności na trzy dni, ubranie nieprzemakalne (lecz zawsze przemakające) i sprzęt ratowniczy: apteczki, bambusy, siatki, szyny, opatrunki itp.
Teren zasadniczo był zawsze dzikim bezdrożem. Zła przygoda bardzo rzadko zaskoczyła kogo na ścieżce. Najczęściej turysta skracał sobie, albo pomylił drogę i od razu gubił się w co chwila zmieniającym się terenie. Wytrącało go to z równowagi, gorączkowo zaczynał szukać wyjścia z sytuacji, przy czym tracił resztki i tak niedostatecznego przygotowania turystycznego.
Posuwając się z trudem w takim terenie, nie wolno było ratownikom pozostawić jakiegoś miejsca bez przeszukania. Musiało się mieć zupełną pewność, że w terenie, pozostawionym za sobą, zaginionego nie ma. Każdy żleb trzeba było przepatrzeć od góry do dołu, każdy upłazek przemierzyć nogami, każdą wantę obejrzeć. Gdzie dotrzeć nie można było, musiało się nieraz daleko obchoddzić, ażeby zlornetować miejsca wątpliwe.
A gdy się nareszcie znalazło biedaka - rannego lub zdrowego, wyczerpanego jednak doszczętnie, należało podejść do niego. Jeżeli z dołu, zadanie było łatwiejsze; jeżeli z góry, krew w żyłach krzepła na myśl, że, posuwając się w tych miejscach stopą ludzką nietkniętych, gdzie każdy głaz czekał tylko na pretekst spadnięcia, krokiem nieostrożnym lub liną możemy strącić lawinę
kamienną na głowę nieszczęśnika...
Naprawdę, w tych chwilach przeżywało się wiele!
Znalezionego zdrowo brało się od razu na linę, której koniec był uwiązany do któregoś z ratowników - i już był nasz. Gorzej bywało z rannym, który czasem przedstawiał pokrwawioną i zapuchniętą masę. Wszystko go bolało, dotknąć się do niego nie było można, a tu trzeba go było nieraz daleko przewlec, asekurując linami i podtrzymując, zanim się go wzięło w siatce na bambus i na ramiona dźwignęło.
Zwłoki zawijaliśmy zawsze w ceratę, zaszywali w płótno i, obwiązawszy linami, przenosiliśmy, lub puszczali na dół na linach, przy czym jeden z nas musiał razem z ciałem zjeżdżać na linie, ażeby nim kierować i co chwila odczepiać od wysterków skalnych.
Ze względu na to, że na wyprawach wskutek forsownego wspinania się każdy z nas miał zawsze pokrwawione ręce, nie była to bezpieczna robota, ponieważ wiele zwłok zabieraliśmy w stanie rozkładu. O zakażenie krwi było nietrudno.
Zwłoki znosiliśmy do miejsca dostępnego dla ludzi z dolin. Tu kończyło się nasze zadanie. Przedsiębiorstwa pogrzebowe zajmowały się resztą.
Taki jest w głównych zarysach obraz przygotowań i akcja ratunkowej Straży. Zależnie od okoliczności i warunków terenu zmieniał się on czasem, zasadniczo jednak zawsze tak się przedstawiał, jak wyżej.
Dlaczego piszę o tym wszystkim, podając nawet szczegóły przykre? Ktoś może zrobić zarzut, że odstraszam ludzi od zwiedzania gór naszych. Sądzę, że byłby to zarzut niesłuszny. Jeżelibym nawet odstraszył kogo od lekkomyślnego chodzenia po górach, turystyka nic na tym by nie straciła. Pomijam, że dając swoje wspomnienia, spełniam życzenie Zarządu Towarzystwa. Stoję na tym stanowisku, że oczu na rzeczywistość nie należy zamykać, nawet w dziedzinie tak - że się wyrażę - dla nas egzotycznej jak Tatry.
Przypuszczam, że wielu z nieuprzedzonych miłośników Tatr przeczyta te kartki z zainteresowaniem, jako opowieść o rzeczach prawdziwych i organicznie z nimi związanych. Niejeden z nich wysnuje dla siebie naukę, a ktoś inny, być może, uzna za sprawę godną uwagi, że oto były chwile, gdy ktoś w tych naszych Tatrach w śmiertelnej trwodze i męce oczekiwał na wyzwolenie, a ktoś inny wypatrywał oczy i czujnym uchem odgłosy gór chwytał, tamtemu śpiesząc z pomocą. Wszakże to są dramaty ludzkie!
Jako ilustrację pracy Straży i warunków, w jakich ona zazwyczaj się odbywała, niżej zamieszczam opisy kilku wypraw ratunkowych, mogących wzbudzić zainteresowanie z takiego lub innego punktu widzenia.
Nazwiska osób żyjących podaję w inicjałach, tych, którzy ze świata odeszli, w pełnym ich brzmieniu. Dla łatwiejszego objęcia przedmiotu zachowuję porządek chronologiczny.