Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Na nartach na Kozi Wierch

W pamiętniku z pierwszej połowy wieku XVIII ("Opisanie ciekawe gór Tatrów, za Nowym Targiem, na cały świat słynących, wielkimi klejnotami i bogactwy ozdobionych i niezliczonymi minerałami napełnionych, które są wynalezione od niektórych głęboko uczonych szkół matematycznych filozofów, osobliwie od uczonego Michała Chrościńskiego..." itd., p. "Pamiętnik Tow. Tatrzańskiego", tom XXVI.) "uczony Michał Chrościński" pisał: "Oznajmuję ci, że będziesz miał różne prześladowania w drodze i przychadzki ku tym górom, ale to wszystko będzie od duchów, lecz to przeminie... Masz mieć przygotowane różne świątobliwości czyli świętości, jako to: świecę gromniczną, palmę, węgle do zapalania światła, dzwonek loretański, woda święcona ŚŚ. Trzech Królów i kredę święconą, mirę, ziółka święcone do kadzenia, także powinieneś mieć koniecznie magnes, to jest kompas, ażebyś wiedział, jak się masz sprawować między ostrymi wysokimi górami, a osobliwie w jaskiniach, lochach ziemnych, gdzie jest wschód i zachód słońca, południe i północ. Do tego powinieneś mieć szpagat smarowany wężowym sadłem, zmieszanym ze szczupakową żółcią, bo od tych dwóch tłustości duchowie uciekają, może przyczynić do tego, a jeszcze żeby mogło być poświęcone, także żebyś miał szpilki dwie lub trzy stalowe, dobrze hartowane i młotek do tych rzeczy służący. Perspektywa nad inne rzeczy najpotrzebniejsza by ci była do wypatrowania wysokich gór... Rano wstawszy wysłuchaj Mszy Świętej. Ubogim dasz jałmużnę za dusze zmarłe, ażebyś od duchów napaści nie cierpiał. Nabożnym sercem i usty ofiaruj się Panu Bogu, aby ci dał tę drogę szczęśliwie odprawić i przezwyciężyć przykrości".
Od czasu onego nie zmieniły się wprawdzie Tatry, zmieniło się jednak wiele na polskiej ziemi. Po "odkryciu" Zakopanego przez drą Chałubińskiego, do tego najpiękniejszego zakątka Polski jęli ściągać podróżni i turyści różnego autoramentu, z początku nielicznie i nieśmiało, jak straż przednia, badająca nieznany teren dla przyszłych działań wojennych, później coraz gromadniej i pewniej kroczyli za białymi "cuhami" górali-przewodników łatwiejszymi perciami w Tatry. Powstało Towarzystwo Tatrzańskie, uporządkowało ruch turystyczny, pobudowało schroniska, wyznaczyło ścieżki, moc klamer żelaznych i łańcuchów wbiło w granitowe turnice, objęło w posiadanie swe Tatry.
Dziś - latem ludno jest w naszych górach: na Giewont, na Wierchy Czerwone, do Morskiego "bez Zawrat" idą i idą, starzy i młodzi, jak pielgrzymi na odpust.

Grupa narciarzy zakopiańskich w r. 1907. Pierwszy z lewej: Józef Skotnica. Siedzi Lesław Barabasz. Drugi z prawej: Mariusz Zaruski. Fot. Władysław Werner

W zimie inaczej. Bezbrzeżna cisza, przerywana burzami "naremnicami", panuje nad śnieżno-lodową pustynią tatrzańską. Prócz kozic nikogo nie ma w górach. Kłusownicy już dawno ukryli swe flinty i grzeją się za piecami; niedźwiedzie śpią pod śniegiem. Kiedy niekiedy kilku niecierpliwych taterników dobrnie do Hali Gąsienicowej lub do Czarnego Stawu i znowu cisza i pustka wokoło. Prawda, obecnie ruch turystyczny zimowy ożywił się bardzo. w roku wszakże 1907 oprócz Giewontu, Małołączniaka, Osobitej i bliższych przełęczy, jak Goryczkowa, Kondracka - nie licząc jedynej dalszej wycieczki przez Przełęcz Tomanową i Dolinę Cichą do Podbańskiej i na Osobitą (S. Getter, K. Młodzianowski i M. Zaruski.) - narty na prawdziwych szczytach górskich, w sercu Tatr, jeszcze nie były. Kilkakrotnie podejmowane zimowe przejścia przez Zawrat do Morskiego Oka wykonane były na sposób letni, bez użycia żadnych środków pomocniczych albo na karpiach.
Dlatego sądzę, że ciekawa będzie pierwsza zimowa wycieczka na szczyt polski i pierwsza zarazem szczytowa wycieczka narciarska, której uczestnikiem był podpisany.
Dnia 2 kwietnia 1907 roku samowtór z J. Borkówskim wyruszyliśmy sankami z Zakopanego do Kuźnic - krańcowego punktu doliny, skąd zaczynają się niemal wszystkie wycieczki w góry. Dzień niewyraźnie się zapowiadał; po czubach regli sunęły chmury śniegowe, kryjąc w szarawej mgle cały świat górski. Lasy w tajemniczej zadumie śniły jeszcze sen swój zimowy i jęczały zda się pod ciężarem okiści. z każdym niemal krokiem śnieg stawał się głębszy; w wąskiej drożynie pełnej wybojów i kopców trudno było poznać szosę kuźnicką - toteż jazda nasza bardziej była podobna do bujania łodzi na wzburzonym morzu, niż do jazdy sannej.
- Może wieczorem po was przyjechać? - zapytał nas woźnica Jasiek, zatrzymując konia przed werandą restauracji w Kuźnicach.
- Nie, bracie, dziś nie wrócimy.
- A kaź będziecie nocować?
- W Pięci Stawach.
Jasiek spojrzał na nas z niedowierzaniem, następnie na nasze narty i nic nie odrzekł. Nie wiedział, co myśleć, bo "panowie" w zimie w góry nie chodzą, a jeśli który i pójdzie na Boczania, to wraca wieczorem.
Zaraz za Bystrym Potokiem przypięliśmy narty i krok za krokiem jęliśmy zdobywać spady Skupniowego Upłazu, noszące tutaj nazwę Boczania. Czas jakiś potok w Kuźnicach przynosił nam dalekie echa gwaru i życia, po czym cisza górskiej pustyni ogarnęła nas całkowicie.

Tylko miarowy chrzęst śniegu pod nartami świadczył o obecności istot żywych. Tegoroczna sroga zima rozpędziła jedynych mieszkańców gór w tej porze - kozice, jedne poszły na stronę węgierską, inne zeszły do dolin; za kozicami pociągnęły lisy - i oto szliśmy zboczami śnieżnymi, nie spotykając żadnych zgoła tropów zwierzęcych. Ubiegłej jesieni tu, na skraju lasu widziano na śniegu trop niedźwiedzia, ciągnący się z Jaworzynki ku Dolinie Olczyskiej; tam pod Kopą Magury widziałem stado kozic, idące "gęsiego" - cap na przedzie, pośrodku młode - przeciągłym gwizdem witały przechodnia. Dziś nic i nikogo nie ma tu wokół, śnieg i śnieg miejscami tylko siwe turniczki smętnie wyzierają spod białego całunu.
Z Hali Królowej w paru minutach zjechaliśmy do szałasów gąsienicowych. Cała wioska pustych szałasów: każdy jak w studni zagłębiony w lejku śniegowym powyżej okapu, z niektórych tylko wierzchy dachów wystają. Pokrzepiwszy się herbatą w schronisku Tow. Tatrzańskiego - obecnie pustym - ruszyliśmy dalej zboczem Małego Kościelca i przeszedłszy kilka starych lawin, (stanęliśmy nad równym białym polem, które w lecie nosi nazwę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Prawdziwe contradictio in adjecto w tej porze.
Narty nasze przecięły to pole pośrodku i oto znaleźliśmy się pod wielkimi turniami, których żadna zima nie zdoła śniegiem zasypać, między turniami śnieżne żleby "jak płetwy delfina" spadają ku Czarnemu Stawowi. Tam nasza droga. Jednym z tych stromych żlebów musimy się wydostać do Stawu Zmarzłego, a stamtąd na Zawrat - przełęcz pomiędzy Świnicą a Kozimi Wierchami. Ścieżki letniej, rzecz prosta, ni śladu; ostatnie podobieństwo drogi zostawiliśmy za sobą w pobliżu Kuźnic i odtąd drogą naszą było bezdroże. z doświadczenia poprzednich swoich wycieczek przez Zawrat wiedziałem, że spady, którymi letnia ścieżka prowadzi, nie najlepsze są w zimie: raz u góry, w pobliżu progu napotkałem całą "bulę" lodową, którą z niemałym trudem, wyrąbawszy stopnie, dało się przekroczyć. Toteż tym razem wybrałem żleb wschodni, kryjący w sobie pod grubą niezmiernie warstwą śniegu potok ze Zmarzłego Stawu.
Nałożywszy na narty węźlice (hamulce sznurowe), jęliśmy w zakosy wznosić się stromo do góry. Śnieg z punktu widzenia narciarstwa wyśmienity, głęboki, stwardniały w miarę, pozwolił bez trudu przejść najstromszy spad progu i niebawem wydostaliśmy się na górną terasę.
Olbrzymi lej okrągły wskazywał miejsce Stawu Zmarzłego; wysoka grobla śniegowa zamykała go od północy. Przesunęliśmy się wierzchem tej grobli i szliśmy dalej serpentyną żlebem Zawratu.
Coraz większa pustka, coraz dziksze widoki!
Z jednej strony posępna, czarna ściana Zawratowej Turni - lodowe wieńce i pióropusze zdobią jej rozpadliny, z drugiej zwały śniegowe Małego Koziego Wierchu o kształtach najfantastyczniejszych; grzbiety białych smoków, wielkoludów z granitowymi oczyma, szaty białe, bramowane koronkami z lodu, kryjące kształty zaklętych królewien, bezduszne oczy zielone, patrzące z głębi pieczar śniegowych, skrzydła, groty, iglice - wszystko to coraz bliżej, coraz bardziej zamykało się nad naszymi głowami. Na małe, ruchome, czarne punkciki, pnące się mozolnie na tle białego żlebu, bajeczna ta ludność, zbudzona ze snu zimowego, patrzyła z politowaniem, łaskawie wszakże pozwoliła nam wejść na wąską przełęcz Zawratu. Blisko przełęczy śnieg był tak twardy, że tylko z wielkim wysiłkiem, podpierając narty ostro kutymi kijami, zdołaliśmy na grań się wydostać. Tryumf prawdziwy! Jesteśmy na najwyższym, według marszruty dzisiejszej, wzniesieniu - 2158 m nad poziom morza, przed nami niezrównany widok zimowy i jazda na dół za chwilę... przy tym jest to pierwsze wejście na nartach na Zawrat. Przekonaliśmy się, że tak stromy żleb jak Zawrat może być wzięty nartami.
Krótki odpoczynek i jazda na dół w stronę Turni Kołowej (Ciekawe spostrzeżenie: dnia 19 maja, tj. z górą półtora miesiąca po tej wycieczce, kiedy dużo już śniegu w górach stopniało, byłem znów na Zawracie i widziałem wyraźnie ślady nart naszych z dnia 2 kwietnia. Cała droga ze wszystkimi zwrotami była widoczna.). Puściłem się naprzód, wskazując towarzyszowi, nieznającemu Tatr, drogę. Prąd powietrza ogłusza, oślepia. Oko ledwo zdąży uchwycić nierówności terenu przed sobą - już go nie ma, mignęło coś obok, zamajaczyło... nowe znów otoczenie i znów dalej, dalej przez wydmy, nasypy, bruzdy wyorane zimowymi wichrami. Jak kule rykoszetem lecące, śmigają nasze narty po wybojach terenu. Jest coś niewysłowionego w zawrotności jazdy podobnej, coś porywającego wszystkie zmysły, władze duchowe i ogniskującego całe jestestwo w jednym słowie: pęd.
W pobliżu Świnicy za sobą słyszę: "o-la-la!" Wiem, co to znaczy, oglądam się: pan B. utknął na starej lawinie; bryły zlodowaciałego śniegu uwięziły mu narty i z trudnością teraz wydobywa się z matni.
Zjeżdżając tak na dół z terasy na terasę, od stawu do stawu - o wczesnym zmroku stanęliśmy przy schronisku Zejsznera w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Gdzież ono? Stoimy obok rury żelaznej, wystającej na pół metra ze śniegu - to komin schroniska. Obok długi rząd czarnych deszczułek, na pół stopy wznoszących się nad poziomem, na którym stoimy, wskazuje rąbek dachu. Zmrok zapada, mróz czuć się daje coraz dotkliwiej. Nie zwlekając, odpięliśmy narty i używając ich jak łopaty, jęliśmy kopać studnię w śniegu, żeby do okna się dostać. Oto dolna krawędź dachu... narta w coś twardego uderza... czy nie okno? Próbujemy ręką - ściana; źle wyliczyłem odległość okna od komina. Próbujemy w innym miejscu, od strony południowej schroniska i tam sposobem Eskimosów, na czworakach, wtłaczamy się na werandę, a stamtąd do wnętrza.
Dobrze jest: śniegu w izbie niewiele, są sienniki, tapczan, piec... ale drzewo na opał? Gdzie drzewo? Nie ma. Co prędzej, zanim noc zapadnie, nałożyliśmy narty i ruszyli po drzewo. Teraz dopiero spostrzegliśmy ze smutkiem, że nic, ani jednego pręcika kosówki nie widać spod śniegu. a tu przecie rosną całe lasy kosodrzewiny! Biała dolina, białe góry naokół! Ot tam, na wierzchołku "buli" coś w mroku widać czarnego - może kosówka? Jedziemy: niestety, to skała, którą wzięliśmy za krzak kosodrzewiu. Dalej? to samo, jeszcze dalej? jeszcze to samo. Tułaliśmy się tak do późnego wieczora i uzbierali kilkanaście pręcików. z tym łupem wróciliśmy do schroniska, gdzie roznieciwszy miniaturową watrę, przez kwadrans cieszyliśmy się widokiem ognia. Dobre i to. Płomyki lizały nam ręce, a wiatr mroźny nie przejmował do kości.
- Chciałbym swoim Szwajcarom (pan B. dłuższy czas przebywał w Szwajcarii i tam się zaprawił do wycieczek narciarskich) pokazać drogę na Zawrat i zaproponować im wejść tam na "ski" - mówił pan B., kiedyśmy, posiliwszy się i zatarasowawszy drzwi od śniegu, ułożyli się na spoczynek.
- Czy nie robią takich wycieczek w zimie? - spytałem.
- Nie, panie, oni takimi zboczami nie jeżdżą. Nie uwierzyliby, gdybym im opowiedział.

Na drugi dzień pogoda śliczna. Znowu miarowy chrzęst śniegu: idziemy do celu naszej wycieczki - na Kozi Wierch. Przed nami olbrzymie, strome zbocze, ciągnące się aż pod turnie samego szczytu, ujęte, jak w ramy, w dwa żlebiska, pocięte krawędziami śnieżnych "nawisów". Zbocze to, o ile z dołu mogłem ocenić układ terenu, dawało największą rękojmię bezpieczeństwa przed lawinami śnieżnymi, na które w tym czasie należało baczne mieć oko. Szliśmy zakosami od żlebu do żlebu, nie zapuszczając się w ich łożyska, ponieważ te są zwykłymi drogami lawin tatrzańskich i po 3 1/2 godzinach marszu bez odpoczynku stanęliśmy pod turniami samego wierzchołka. Pochyłość tak wielka, że narty wraz ze śniegiem się obsuwają. Oto przełączka kilka kroków długości - ledwo z nartami możemy się zmieścić; okropna czeluść otwiera się z niej do doliny Zmarzłego. Próbujemy w innym miejscu - to samo: śnieg nie może nas na tej pochyłości utrzymać i jedzie na dół. Odpięliśmy więc swoje drewna i skałami, przy pomocy rąk, po kilku minutach wydostaliśmy się na szczyt. Było może dziesięć metrów w pionowej linii od miejsca, gdzie zostawiliśmy narty. Godzina? Wpół do pierwszej; właśnie czas, kiedy przez lunetę mieli nas w Zakopanem szukać na Kozim Wierchu. Wznieśliśmy kije, ręce, czapki, ażeby wyolbrzymieć najbardziej. Istotnie, jak później dowiedzieliśmy się, o tej godzinie znajomi nasi obserwowali nas przez lunetę i cieszyli się powodzeniem wyprawy.

Zawrat w zimie od północy. Od lewej: Mały Kozi Wierch, przełęcz Zawrat, Zawratowa Turnia, Niebieska Turnia, Gąsienicowa Turnia, Świnica. Fot. Roman Petrycki

Dopiero teraz rozejrzeliśmy się po świecie. Szeroki ten świat górski - dziki i pusty dzisiaj bezbrzeżnie. Skamieniałe olbrzymy pokotem leżą umarłe pod jednym wspólnym całunem. Znikąd głosu, żadnego życia! Nie "zbyrkają" dzwonki na halach, nie słychać nawoływań juhasów dążących za kierdelami, nie widać sylwetek turystów, czarnymi punkcikami odcinających się na tle upłazów.
Potoki, stawy, kosówki - wszystko żywe w lodowych trumnach zamknięte!
Oto Krywań - piramida potężna na krańcu łańcucha gór; oto Świnica - zasłoniła sobą całą Orawę; tam Hruby, Mięguszowiecki - czarny i posępny nawet i w zimie - śnieg nie ima się jego krzesanic; Rysy, Garłuch, Łomnica - hej, nie zliczyć wszystkich tych wierchów, które oko ogarnia! nie podeptać ich nogą, chyba skrzydeł u orła pożyczyć...
"Jak potopu świata fale Zamrożone w swoim biegu Stoją nagie Tatry w śniegu..."
A tu, od północy, lodowymi zrębami spadają turnie ku Zmarzłemu Stawowi; pomiędzy nimi wężami wiją się śnieżne żleby i daleko w dolinie spływają w jedno morze śniegu. Powietrze czyste i szkliste, jak lód tych turni od polskiej strony, słońce, złoto, kryształy - skarby zimowego Sezamu...
Po dłuższym wypoczynku i spożyciu posiłku zeszliśmy ku nartom i przypiąwszy je, ruszyliśmy na dół. Śnieg był wyborny do jazdy, zbyt tylko głębokimi poorany bruzdami, wskutek czego jazda była właściwie bujaniem po śniegowych falach, na które narty nasze wślizgiwały się bez trudu, jeszcze łatwiej z wierzchołków na dół spadały... Zażyliśmy w całej pełni rozkoszy tej długiej i stromej jazdy i tegoż dnia przez Świstówkę (Idąc lub jadąc w zimie zboczami Świstówki należy granią brać się ku górze, ku Miedzianemu, zbocza bowiem Świstówki pod wzglądem lawin wręcz są niepewne.) dostaliśmy się do Morskiego Oka. Na Opalonem natrafiliśmy na "szreń" - twardą skorupę śnieżną - w rodzaju szkła chropawego, która jednolitą warstwą pokrywała całe zbocze od szczytu aż na dół. Nartami kierować na takiej lodowatej powłoce nie ma możności, przebyliśmy też tę całą przestrzeń, jadąc "poprzecznie", tj. nie w kierunku końców nart, ale pod kątem prostym do ich długości.
Przy Morskim Oku niedługo popasaliśmy. Zastaliśmy schronisko zamknięte (zamknięte było czasowo z powodu olbrzymich śniegów), okna i drzwi zamiecione śniegiem, werandę również tak, że tylko dach widać było.
Ciemność szła już od Rysów, wiatr mroźny z dołu podnosił kurniawę, więc spojrzawszy raz jeszcze na sylwety gór, okalających zamarzłe jezioro, puściliśmy się do Roztoki, Za mostem, na Wodogrzmotach w Roztoce, pan B. o mało nie padł ofiarą poważniejszej przygody. Śniegu wówczas taka moc była, że poręcze i słupki szosowe znikły zupełnie z powierzchni. Dojrzeliśmy światło w oknie dróżnika, przejechaliśmy już most na wodospadach i tuż za mostem w ciemności natknęliśmy się na jakąś tamę, groblę, czy górę? Wszak jesteśmy na szosie, skąd góra? Jęliśmy wspinać się po omacku na ową przeszkodę, żeby ją przebyć, gdy nagle usłyszałem wołanie pana B. Zdążyłem odpiąć jedną tylko nartę i pospieszyłem na pomoc. Pan B. rękami trzymał się krawędzi śniegu, jedna noga wspierała się na śniegu, druga zwisała w powietrzu nad jakąś próżną przestrzenią. Pomogłem mu wydobyć się na miejsce bezpieczne i niebawem byliśmy już w domu dróżnika. Cóż się okazało? Przygoda nas spotkała na ogromnej lawinie, która przed kilku dniami spadła z Wołoszyna, zmiotła poręcze na szosie i zasypała potok niemal po brzegi, na wysokość blisko 30 metrów. Pan B. zbliżywszy się w ciemności zanadto do krawędzi urwiska, spadał już na dół i tylko siłą rąk utrzymał się na skraju, zanim mu pospieszyłem z pomocą.
W domu gościnnego dróżnika po dwóch dniach trudnej drogi, pierwszy raz wy wczasowaliśmy się i osuszyliśmy przemokłą odzież. Trzeciego dnia wycieczki lasami przez szczyt Gęsiej Szyi wróciliśmy do Zakopanego.