Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Śmierć Klimka Bachledy

WYPRAWA PO STANISŁAWA SZULAKIEWICZA i KLIMKA BACHLEDĘ
w dniach 5 - 16 sierpnia 1910 r.

Stanisław Szulakiewicz, słuchacz Politechniki ze Lwowa, zginął na północnej ścianie Małego Jaworowego dnia 6 sierpnia 1910 r. Klimek Bachleda, śpiesząc mu na ratunek, zginął tegoż dnia na tej samej ścianie.

Dnia 5 sierpnia w nocy zaalarmowałem Straż Ratunkową. w nocy też wyruszyliśmy furkami góralskimi do Spiskiej Jaworzyny.
Do jakiego stopnia niektórzy nasi turyści nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa i trudności gór, świadczy fakt, że w telefonicznej rozmowie, w której z Morskiego Oka powiadamiano mię o wypadku z Szulakiewiczem, pewien pan z polecenia p. Jarzyny, uczestnika tej nieszczęśliwej wycieczki, prosił mię o wysłanie jednego przewodnika, który by pomógł zejść Szulakiewiczowi.
- Gdzie wypadek miał miejsce?
- Na północnej ścianie Małego Jaworowego, niedaleko już szczytu.
Ściana, którą nikt jeszcze na szczyt nie wchodził, dzika, nieprzystępna - i jeden przewodnik ma tam rannego sprowadzić?
Wezwałem Pogotowie w pełnym jego składzie.
Tłukliśmy się tedy furkami gościńcem do Morskiego Oka, a deszczyk bębnił już w płócienne budki pojazdów. Im dalej, tym bardziej rzęsisty, im wyżej, tym chłodniejszy i twardszy, niebawem przemienił się w lejbę tatrzańską - beznadziejną plute.
I nastroje nasze nie były wesołe, gdyśmy przy blasku latarek wysiedli w Jaworzynie z furek i czynili ostatnie przygotowania. Każdy czuł, że czeka go ciężka robota, tam gdzieś pod niebem żywy człowiek wyczekuje ratunku, a w taką pogodę długo nie zdzierży.
Źle. Żlebami już spływają strumienie, oślizgły trawy na przepaścistych upłazkach... Szybko w milczeniu podążaliśmy doliną i po paru godzinach stanęliśmy pod krzesanicami Małego Jaworowego.
Dzika ta ściana, nie tknięta dotąd nogą człowieka, opada tam potężnymi urwiskami prosto na piargi, wyrasta, zda się, z nich ku niebu, jak wieża gotycka.
Nad Tatrami dzień wstawał szary.
W dolinie zastaliśmy p. Jarzynę, który stawił się na miejscu, ażeby wskazać drogę i udzielić wyjaśnień.
W przededniu tego dnia fatalnego we dwóch z Szulakiewiczem zamierzali oni dokonać pierwszego wejścia na Mały Jaworowy ścianą północną. Przebyli już 2/3 drogi, gdy w pewnym miejscu jeden z nich odpadł od ściany i spadając porwał za sobą związanego z nim liną towarzysza. Szczęśliwy traf zrządził, że spadli na skalne żebro, na którym z dwóch stron zawiśli na linie. Jarzyna lekko potłuczony i podrapany, wydostał się na grańkę i pomógł wciągnąć się Szulakiewiczowi, który iść dalej nie mógł. Miał, zdaje się, kręgosłup nadwerężony. Jarzyna uwiązał go liną do skały, zostawił zapasy żywności, sam szczęśliwie zeszedł w dolinę i z Morskiego Oka telefonicznie prosił o pomoc.
Pod ścianą doręczył mi szkic drogi, którą wchodzili.
Posiliwszy się nieco, ruszyliśmy w skały. Jeden oddział pod kierunkiem ochotnika, znanego turysty p. Z. Klemensiewicza posłałem w prawo od żlebu, w którym wejście się zaczynało, drugi pod kierunkiem członka Straży,
J. Lesieckiego - w lewo, sam związany liną z Klimkiem Bachledą i S. Zdybem skierowałem się drogą wskazaną na szkicu. Za nami tą samą drogą udali się dwaj ochotnicy, znani w kołach turystycznych, pp. A. Znamięcki i R. Kordys. Oddziały, które poszły w prawo i w lewo, wkrótce wróciły, trafiwszy na ślepe drogi, kończące się ścianami i urwiskami. Pozostało nas pięciu.
Przetrawersowawszy z piargów ściankami, znaleźliśmy się na dnie potężnego żlebu, spadającego prosto w dolinę.
Pogoda pogorszyła się jeszcze, stała się wprost okropna. Deszcz lał strumieniami, pomieszany ze śniegiem i gradem, chmurzyska włóczyły się po turniach bijąc piorunami w ściany. Co chwila krwawe ich światło otaczało nas łuną ogniową i przeraźliwy łoskot szedł echami po górach. Żleby zamieniły się w gniewne potoki, wodospadami skaczące po progach. Jak zwierz oszalały spieniona woda piętrzyła się na skalnych załomach, ciskała się słupami do góry, gryzła kamienne łożyska... z każdej płyty, z każdego uskoku grzmiały siklawy.
Upłazy nasiąkły wodą i rozmiękły, odwieczne głazy zachwiały się w granitowych posadach, kamienie wyszły z gniazd swoich. Całe piekło wodne tego dnia otwarło wierzeje swe w górach.
Wspinając się z trudem ściankami żlebu, albo dnem jego, czołgając się po oślizgłych płytach lub czepiając się chwytów niepewnych, od dawna zostaliśmy przemoczeni do nitki. Lodowata woda strumieniami wlewała się nam za kołnierze, w rękawy, i przez trzewiki spływała na zewnątrz. Pomimo forsownej pracy wspinania się drżeliśmy z zimna. Jeden Klimek czuł się lepiej od innych, gdyż miał serdak na sobie i wełniane spodnie góralskie. My zaś wszyscy lekko byliśmy odziani w zwyczajne turystyczne ubrania, które ciepła nie dają. Płaszcze nieprzemakalne nie mogły w tych warunkach spełnić swego zdania.
Wydostaliśmy się wreszcie ze żlebu, przeczołgaliśmy przez eksponowaną, silnie nachyloną płytę i dalej upłazkiem dźwigaliśmy się do góry, gdy nagle dźwięk jakiś inny, niepodobny do odgłosów ogólnego zamętu wody, przedarł się przez szarugę ulewy. Stanęliśmy i Klimkiem i spojrzeli po sobie.
Gdzieś z powietrza, z przestrzeni dalekiej i nieokreślonej przyleciał znowu dźwięk ten sam - głos przeciągły, żałosny... Dziś jeszcze dźwięczy mi on w uchu.
- To on!
- On - potwierdził Klimek. Tak, to był głos Szulakiewicza. Ostatni, który ucho ludzkie słyszało.
Kiedyśmy tak powoli, z trudem zbliżali się ku celowi, nieszczęsny młodzieniec konał tam w chmurze na swym łożu skalnym. Wraz z kroplami lodowatej powodzi spływało, wsiąkało w turnię młode jego życie. Zamarzał. Resztkami sił rzucił w przestrzeń rozpaczliwe wołanie, ostatnie swoje pożegnanie z ziemią.
Ciężko, jak skazańcy posuwaliśmy się dalej do góry, gdyż byliśmy już strasznie strudzeni, aż łagodniejszym nieco upłazkiem dostaliśmy się pod ścianę turni szczytowej. Tam zatrzymaliśmy się odpocząć. Dzieliło nas od Szulakiewicza w powietrznej linii jakieś 80 m.
O posiłku nie było mowy. O tym, żeby usiąść, nikt również nie myślał Staliśmy tedy i stojąc spali. Drżeliśmy przy tym z zimna, nie drżeliśmy, źle mówię, lecz dygotaliśmy; głowa, ręce i nogi szarpały się ustawicznie jak w tańcu św. Wita. Byliśmy już bliscy zobojętnienia na wszystko.
Klimek, wypocząwszy nieco, wzniósł się parę metrów na żeberko, pod którym staliśmy i rozejrzał się wkoło. Jeszcze podźwignął się dalej i stopniowo jął się wspinać żeberkiem do góry w kierunku na prawo w skos od nas. Myśmy przez chwilę jeszcze spali, po czym rzekłem do Zdyba:
- Pójdziemy.
Jak automat ruszył się z miejsca i poszliśmy, we dwóch liną związani. Skierowałem się na lewo w skos, pozostawiając przeciwległy kierunek Klimkowi. Doszliśmy do płytkiej, ze 40 metrów mającej rynny, która stromo prowadziła na żebro boczne. Tu Zdyb zwrócił się do mnie:
- Nie mogę dalej, sił już nie mam.
Powiedział to Zdyb, człowiek żylasty i suchy, niezmożony dotąd na wyprawach i wycieczkach żadnymi trudami.
Nie miałem sił więcej od niego, pomimo to zachęciłem go do dalszego wspinania się. Zauważyłem przy tym, że dźwięki głosu naszego są jakieś dzikie, mało podobne do mowy. Szczęki nasze z trudem i powoli poruszały się, wydając słowa jakieś zaokrąglone, niewyraźne i niedokończone. Niektórych liter nie wymawialiśmy już zupełnie. Przypuszczam, że był to stan stopniowego zamarzania.
Z ogromnym wysiłkiem przebyliśmy rynnę, brodząc w wodzie i czepiając się niedołężnie rękami wystających gzymsików i półeczek. Moje myśli, pamiętam, pozbawione były treści.
Szedłem naprzód, jakby popychany przez kogoś: naprzód i naprzód... Za mną tak samo obojętnie posuwał się Zdyb.
Znaleźliśmy się nareszcie na grani żeberka. Tu druga rynna zaczynała się wprost na ścianę. Innej drogi nie było.
Tak samo obojętnie, bez udziału, zda się, woli podszedłem do rynny i jąłem szukać chwytów. Noga moja, oparta na gzymsiku, ciężko, bezwładnie ześliznęła się na dół. Podźwignąłem się wreszcie na gzymsik i znowu jąłem rękoma szukać chwytów. Zgrabiałe dłonie przesuwałem tam i ówdzie po ścianie, nie mogąc ich nigdzie zatrzymać... Nagle oprzytomniałem.
Zrozumiałem, że w dłoniach nie mam już czucia. Opieram je o głaz, który widzę, ale tego głazu nie czuję. Przerażenie mię ogarnęło. Uprzytomniłem sobie, że wyprawa skończona: w takim stanie może kilka metrów jeszcze sforsujemy, a dalej co?
Przemocą zbudziłem się z odrętwienia. Pojąłem, że gdybyśmy nawet doszli do Szulakiewicza, to pomocy mu żadnej nie jesteśmy zdolni okazać. Tym bardziej o zniesieniu rannego nie mogło być mowy. w ogóle nie wiadomo, czy sami nawet zejdziemy. Surowa rzeczywistość spojrzała mi w oczy. Rzekłem krótko do Zdyba:
- Wracamy.
Ruszyliśmy na dół, zsunęli się rynną i znowu znaleźliśmy się pod tą ścianką, gdzieśmy odpoczywali. Pp. A. Znamięckiego i R. Kordysa nie zastaliśmy tutaj, ponieważ wcześniej jeszcze udali się w drogę powrotną. Znowu spaliśmy stojąc. Teraz już na Klimka czekaliśmy.
Ukazał się wreszcie o jakie 40 metrów od nas na grani tego samego żeberka. Wówczas złożywszy dłonie, krzyknąłem głośno:
- Klimku, wracajcie!
Klimek obejrzał się i machnął ręką w kierunku olbrzymiego żlebu, który się tam właśnie zaczynał.
Ten ruch ręki zrozumiałem tak, że Klimek chciał w ten żleb jeszcze zajrzeć. A może wypatrzył jakie przejście, którym zamierzał posunąć się dalej, nie wiem.
Znowu ukazał się nam, prawie w tym samym miejscu i znowu głośno krzyknąłem:
- Klimku, wracajcie!
I tym razem obejrzał się Klimek i ręką machnął tak samo.
Potem cisza. Szum wód i chlustanie ulewy.
Po chwili obok nas w żlebisku, o którym wspomniałem, rozległ się łoskot straszliwy, jakby stado piorunów wyrwało się z podziemi i wybuchem płomieni go rozsadzało.
Fale powietrza, zda się, biły po twarzy.
To runęła w przepaść olbrzymia kamienna lawina, łomocząc skałami o ściany żlebu i napełniając go pyłem roztrzaskanych głazów i zapachem siarki.
Z lawiną tą spadał człowiek w otchłań bezdenną. Bowiem w tym majestacie przyszła śmierć Klimka Bachledy.
Nie widział jej nikt.
I ja nie widziałem, chociaż byłem ze Zdybem tak blisko.
Słyszałem ją tylko.
Jak szła potężna i nieodparta, napełniając echem przerażone góry i wstrząsając posadami turni. Rzekłbyś, runął z nieba Szczyt Jaworowy.
Długo jeszcze potem łomotały po górach huki podziemne i pojedyncze łoskoty.
Taką salwą pożegnały go Tatry.
Który był gazdą tej skalnej dziedziny i jej prawym włodarzem.
Wiedział, kędy orły swe loty kierują i gdzie kozica pod skałą szuka noclegu. Znał szlaki podniebne i mateczniki lasów prastarych, gdzie niedźwiedź kudłami ociera się o chropawą korę smreków a ryś na gałęzi czatuje. Uchem łowił niedosłyszalne szmery pustyni, zgarniając je w jeden akord zgodny, dla Niego tylko brzmiący, Jemu tylko grający odwieczną pieśń bytu, która go z górami sprzęgła na całe życie.
I na błysk jego ostatni, na śmierć!

* * *

Chwile nam dłużyły się w wieczność. Nie wiedzieliśmy nic, że w tej lawinie zgasło życie Klimkowe. Staliśmy tak zdrętwiali więcej niż pół godziny, a było już dobrze po drugiej, droga daleka i trudna. Wyczekiwaliśmy Klimka. Wreszcie zostawiliśmy jedną linę pod skałą, ażeby umożliwić mu zejście i sami zaczęliśmy schodzić. Raz po raz trzeba było zjeżdżać na linie. Szukając wysterków skalnych do zaczepienia liny, wyjmowałem ręką haki, wbijane tutaj w skałę prawdopodobnie przez p. Jarzynę w zejściu, tak nieostrożnie poczynał on sobie na tej niebezpiecznej drodze. Musieliśmy wbijać własne haki. Śmiertelne znużenie ogarniało nas coraz bardziej. Gdy ubezpieczałem zjeżdżającego na linie Zdyba i mechanicznie przebierałem linę rękoma, zasypiałem co chwila. Co chwila budziłem się z przerażeniem, że oto mogła być katastrofa i znów zasypiałem. Dowiedziałem się później, że Zdyb tak samo mnie ubezpieczał.
O późnym już zmroku stanęliśmy wreszcie na piargach. Czekał tam na nas p. Kittay.
W lesie zrobiło się tak ciemno, że o jeden krok nic widać nie było. Wzięliśmy się pod ręce i krocząc żółwim krokiem, drogę przed sobą i po bokach wymacywaliśmy czekanami: gdyśmy zeszli z leśnej drożyny, czekany w miękki grunt uderzały, szukaliśmy wtedy tak długo, aż na twardsze trafiliśmy.
Pamiętam, na polance siedliśmy na kamieniu wypocząć. Chmury właśnie nad nami się przewaliły i ukazało się gwiazd kilka. Spostrzegłem, że siedzi ktoś obcy koło mnie. Odwróciłem się i zobaczyłem p. A. Znamięckiego, tego, który z nami na ścianę się wspinał. Ubrany był w lekki strój tenisowy i słomiany kapelusz na głowie. Uśmiechnąłem się w duchu, zdając sobie sprawę, że to halucynacja. Wiedziałem zresztą, że Znamięcki w turystycznym ubraniu, tak samo jak my przemoczony do nitki, dawno już przeszedł tą drogą. Obejrzałem się znowu i znowu to samo widmo zobaczyłem przy sobie. Byliśmy wyczerpani zupełnie.
O trzeciej w nocy dowlekliśmy się do leśniczówki. Nazajutrz dopiero po południu wróciliśmy do Jaworowej Doliny. Tego dnia dwa oddziały z H. Bednarskim z Pogotowia i M. Świerzem, ochotnikiem, chodziły na ścianę, lecz nie dotarły do Szulakiewicza. Przynieśli tylko zostawioną przeze mnie linę. Klimka nie było. Przypuszczano, że przedostał się przez Grań Jaworową i zeszedł na węgierską stronę, łatwiejszą do zejścia.
Trzeciego dnia, w poniedziałek, wziąłem ze sobą trzy oddziały, po trzech ludzi na linie i udałem się w skały. Byli tam między innymi J. Lesiecki, S. Zdyb i H. Bednarski, oraz przewodnicy W. Tyłka, J. Marusarz i Józek Wawrytko.
Pogoda była dobra, woda jednak jeszcze się lała, a upłazy były rozmiękłe i śliskie.
Wspinając się tą samą co przedtem drogą, dotarliśmy do miejsca, gdzieśmy ze Zdybem na Klimka czekali. Tutaj szliśmy z początku drogą Klinikową, a potem na ścianę skręcili. Wspinaczka była nadzwyczaj trudna: ekspozycja ogromna, chwyty kruche i rzadkie.
W pewnym miejscu, na bardzo trudnym trawersie, pan B.M., ochotnik, zatrzymał się.
- W głowie mi się mąci, nie pójdę dalej, powiedział. z niemałym trudem musieliśmy go wycofać i zostawić na miejscu. Sami przebyliśmy trawers i pokonawszy niesłychanie trudną ściankę, dostaliśmy się na żeberko pod samą turnią szczytową.
Pomiędzy ścianą a wielkim blokiem, uwiązany liną do niego, leżał tam Szulakiewicz.
Był martwy.
Wiedzieliśmy wszyscy, że żywym go nie znajdziemy, wszakże byliśmy wstrząśnięci widokiem. Leżał w półsiedzącej pozycji z twarzą zwróconą ku skale. Obok worek turystyczny i kilka drobiazgów. Żywności nie było. Zginął z chłodu w tę straszną pogodę. Wiadomość o znalezieniu zwłok podałem zaraz za pomocą telegrafu wzrokowego w dolinę, a stamtąd do Zakopanego.
Dzień dawno już przewalił się przez południe i blaski jego świeciły blado na mokrych płytach i czarnej ziemi upłazków. Niedługo więc staliśmy w skupieniu z odkrytymi głowami i zaraz jęliśmy się roboty. Skrępowaliśmy ciało linami i do dwóch końców uwiązawszy 60 metrowe liny, zaczęliśmy spuszczać je na dół.
Drogą, którą weszliśmy, niepodobna było ciała transportować. Przewlekliśmy je pod ścianą w lewo i, rzuciwszy końce lin tym, którzy zostali na dole po drugiej stronie żlebu, zaczęliśmy spuszczać ze ściany. Należało przeciągnąć je w powietrzu z jednej krawędzi ogromnego żlebu na drugą. Praca ta była straszliwie ciężka. Już sam ciężar wolno zwisającego ciała wymagał dużych wysiłków, ściąganie zaś jego przez tych, którzy byli na dole, czterokrotnie wagę zwiększało. Wytężaliśmy też wszystkie siły, ażeby nie spaść z wąskiego upłazka i ciało utrzymać. Nareszcie znalazło się ono po drugiej stronie.
Zjechaliśmy więc na linach i dalej wzdłuż żlebu to dnem jego, to ściankami transportowaliśmy ciało ku dołowi.
Była już późna pora, więc zaniechałem myśli zniesienia tego dnia ciała na piargi i rozkazałem, wybrawszy lepsze miejsce pod ścianą, złożyć tam ciało, wszystkim zaś zaraz schodzić w dolinę. Poszli też partiami po dwóch, po trzech i szybko znikli mi z oczu.

Schodziłem z Marusarzem ostatni i musiałem wszystkie, pozostawione przez poprzedników do zjazdu liny, ściągać ze skał i zabierać ze sobą. Niełatwa to była robota, ponieważ liny były zgrubiałe i mokre. Zszarpaliśmy się też z Marusarzem przy tej pracy niemało, niektóre liny zmuszeni byliśmy nożami odcinać. Zabrało nam to tyle czasu, że ową płytę eksponowaną, wiodącą do żlebu, przechodziliśmy już po ciemku, po omacku zupełnie. Jeszcze kilkadziesiąt kroków żlebem i uskok: trzeba zjeżdżać na linie. Nadaremnie szukaliśmy rękami głazu, albo wysterku jakiego dla zaczepienia liny i zaglądaliśmy w ziejącą próżnię: nie ma rady, iść dalej niepodobieństwo.
Z ciężkim sercem wydostaliśmy się na obok znajdującą się, silnie ku przepaści nachyloną płytę i tam ułożyliśmy się na nocleg.
Pięciu nas było: przewodnicy, Wojciech Tyłka Suleja, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Jasiek Pęksa, Józek Wawrytko i ja.
Tyłka z Marusarzem wtłoczyli się jeden koło drugiego w szczelinę płyty, Pęksa z Józkiem tak samo, mnie wypadło miejsce najniżej, już na samej krawędzi. Przywiązałem się więc liną do głazu, ażeby we śnie w przepaść nie skiełznąć i skulony ległem na płycie. Powyżej nas nieco leżał trup Szulakiewicza.
Niewesoła ta noc dla nas była.

Znoszenie zwłok Stanisława Szulakiewicza pod ścianą Małego Jaworowego Szczytu. Pierwszy z lewej Mariusz Zaruski Fot. Władysław Werner

Zmorzeni trudem w półśnie dygotaliśmy z zimna. Wiatr ciągnął żlebem z góry, a za nim zsuwały się chmury w dolinę. Zaczął deszczyk nakrapiać. Każdy dobrze rozumiał, że jeśli się w nocy rozdeszczy, pójdą żlebem poruszone przez nas kamienie i zmiotą nas z płyty jak liście za wiatru podmuchem. W dzień można jeszcze uskoczyć, ukryć się za skały załomem, ale w nocy - śmierć.
Markotno nam było. Leżeliśmy milcząc głodni, zziębnięci i przemoczeni,
Na dole, daleko we mgle błysnęło światło ogniska: to obozujący w dolinie uczestnicy wyprawy rozniecili tam watrę. Grzeją się koło dobroczynnego płomienia, warzą herbatę i odpoczywają. Och, jak dobrze by było wyciągnąć się tam, w promieniach ciepła, nasycić głód strudzonego ciała i usnąć spokojnie! Tym silniej odczuwamy kontrast, że z mrocznych tych skał patrzymy na obozowisko tamtych, które w tej chwili wydaje się nam szczytem marzenia...
Nagle od wielkiego płomienia oddzieliły się trzy małe światełka i chwiejąc się zaczęły od niego oddalać. z początku zdawało się, że schodzą w dolinę. Potem jednak skręciły i zaczęły pomalutku ku nam się przybliżać.
- Ho, ho, ho!... przeciągły głos przyleciał z przestrzeni i odbił się o skały turni.
Józek Wawrytko porwał się ze swego posłania...
- To ociec, ociec! ku nam idom - zawołał radośnie.
Chórem odpowiedzieliśmy na wołanie starego Wawrytki.
Nie brał on dotychczas udziału w wyprawie i na wieść o zaginięciu Klimka nadciągnął już wieczorem w dolinę. Chłop jak kawał głazu: barczysty, siły niedźwiedziej, z rękami, jak sękate korzenie, zakończonymi stalowymi hakami-pazdurami, przeznaczonymi zda się do tego, żeby skały się imać, z których dwóch na jednej ręce mu brakowało.
Stary przewodnik i pewny wspinacz. On szedł na pomoc, żeby wyzwolić nas ze skalnego więzienia. Otucha we wszystkich wstąpiła. Nie będziemy więc tutaj drżeli z zimna i utrudzenia, nasłuchując, czy nie idzie żlebem śmierć nasza, kamienna lawina. Wawrytko mocny chłop i zawzięty: nie popuści on skale.
Światła bliżej i bliżej - we mgle roztaczają koła tęczowe, chwieją się, zbliżają coraz to jaśniejsze i większe. Już są pod ścianą. Nie widać ich, tylko poświata za krawędzią płyty staje się coraz to silniejsza. Wspinają się, znaczy, niedługo rzucą nam liny i żleb do zejścia oświecą. Czekamy z niecierpliwością. Blask pod nami kołysze się, drży jakoś niepewnie i tak, jakby zaczął słabnąć powoli. Po chwili daleko na piargach znów ukazały się trzy światełka; chwieją się, nikną... Odeszli, nie mogli dostać się do nas! w naszym żlebie cicho jak makiem zasiał. Każdy pogrążył się w myśli swoje i z rezygnacją zdał się na los przeznaczenia.
Tak w męczącej półdrzemce przetrwaliśmy noc długą i dżdżystą.
Niegościnne to miejsce górale-przewodnicy nazwali moją Pościelą. Być może, chcieli w ten sposób uczynić mi wyrzut, żem taki im nocleg w skałach zgotował.
Rano, kiedy się rozwidniło, przy pomocy lin, rzuconych nam przez Wawrytkę, zeszliśmy półżywi na piargi. Ponieważ deszcz padał, na noc udaliśmy się wszyscy do Jaworzyny. W papierni na strychu mieliśmy wyznaczone przez Zarząd Dóbr księcia Hohenlohego miejsce stałych noclegów. Tutaj muszę zaznaczyć, że Zarząd okazał wszelką pomoc w akcji ratunkowej, oddał mi nawet do dyspozycji swoich "jegrów" tyrolskich, za których pomoc z góry podziękowałem i nie przyjąłem. Dobrzy oni byli w lasach, ale na ścianach wolałem ich nie widzieć. Klinika nie było.
Wieść o wypadku i o zaginięciu Klinika szybko rozeszła się po Zakopanem i na Węgry dotarła. Gazety pełne były opisów prawdziwych i zmyślonych, domysłów, rad i wskazówek. Zalecano gorąco użycie psów policyjnych (na ścianie Małego Jaworowego) i tym podobne głupstwa. Przybywający do Jaworzyny goście i turyści, pieszo i powozikami, do wieści o Klimku wnieśli zamęt nie do opisania. Byli tacy, którzy "na własne oczy" widzieli go w Zakopanem. Inni tak samo widzieli go przy Morskim Oku, inni mieli wiadomości, że jest na Węgrzech. Co godzina przychodziły sprzeczne ze sobą nowiny.
Toteż we wtorek, dnia 8 sierpnia, kiedyśmy, zostawiwszy ciało Szulakiewicza na ścianie, zeszli do Jaworzyny, posłałem na noc ochotnika - turystę pana M. furką do Zakopanego, ażeby o świtaniu dostarczył mi zupełnie pewnych wiadomości o Klimku. Dałem mu rozkaz na piśmie (ażeby nie przekręcił) tej treści: jeżeli Klimek istotnie jest w Zakopanem pan M. może nie wracać. Jeżeli zaś stwierdzi, że Klinika nie ma, niezwłocznie ma wrócić do Jaworzyny i zameldować mi o tym.
Tymczasem nadciągnęli węgierscy turyści, z braćmi pp. Komarnickimi na czele, wśród których Klimek był znany szeroko, ceniony i szanowany. Na wiadomość o zaginięciu jego w górach stawili się oni do Jaworzyny i zgłosili się na ochotnika. a że to byli znani i dzielni alpiniści, z radością włączyłem ich do liczby uczestników jutrzejszej wyprawy. Oświadczyłem im tylko, co zawsze ze zgłaszającymi się ochotnikami czyniłem, że pod tym warunkiem ich przyjmuję, jeżeli z góry przyrzekną, że wszelkie moje zarządzenia w zakresie akcji ratunkowej bez zastrzeżeń i dyskusji wykonają, na co oni zgodzili się chętnie. Miałem więc 30 ludzi do rozporządzenia. Byłem pewny, że Klimka w ciągu jednego dnia znajdę.
Z tą myślą, owianą smutnym niepokojem o los Klinika, zasnąłem.
We środę noc jeszcze była, kiedy kazałem budzić wszyskich. Przy gwiazdach też wyszliśmy na obszerny dziedziniec. Padła komenda: w rząd stawaj! Stanęli w milczeniu, rozumiejąc, że mają przed sobą poważne, odpowiedzialne zadanie - uratować sławnego i lubianego przez wszystkich Klinika. Zimne powietrze nocy przenikało do kości. Zaczęło świtać. Wysłanego pana nie było. Znaczy Klimek jest w Zakopanem: przeszedł widocznie, przez Grań Jaworową i wrócił do Zakopanego, nie inaczej. W głowie mi się nie mogło pomieścić, ażeby w przeciwnym razie nie można było przesłać wiadomości negatywnej do Jaworzyny. Za wszelką cenę!
A jednak tak właśnie się stało.
I Klinika nie było i wiadomości nie było.
Pan M. (nazwiska jego nie wymieniam, chcąc mu oszczędzić kary moralnej, którą potem, zrozumiawszy swój postępek, zapewne sam poniósł), przyjechawszy do Zakopanego, uważał za najwłaściwsze spać się położyć, co też, jak mię informowano, uczynił. Klimek wówczas już nie żył i obojętne było, czy będzie znaleziony zaraz, czy za dni kilka, ale gdyby tego dnia żywy był jeszcze? Lekkomyślność ta byłaby wprost zbrodnicza.
Wahałem się, co robić: radość walczyła we mnie z powątpiewaniem. Wreszcie uwierzyłem panu M. Podałem wszystkim do wiadomości treść (pisaną) rozkazu, danego panu M. i oświadczyłem, iż wobec braku odpowiedzi muszę przyjąć, że Klimek jest w Zakopanem. Puściłem też wszystkich do domów z wyjątkiem 8 ludzi, z którymi miałem się udać po ciało Szulakiewicza. Jednego, Jaśka Obrochtę, posłałem do Morskiego Oka, ażeby telefonicznie dowiedział się jeszcze czegoś o Klimku i wrócił do Jaworzyny.
Rozeszli się wszyscy niechętnie, z niedowierzaniem.
Sam z wyznaczonymi ludźmi pociągnąłem znów w Jaworową Dolinę. Po ciało Szulakiewicza posłałem oddział pod kierunkiem Jakuba Wawrytki, który zniósł je na piargi. Pod wieczór przybyliśmy ze zwłokami na polanę, gdzie oczekiwała komisja sądowo-lekarska z Kieżmarku.
Po drodze spotkaliśmy śpieszącego z Morskiego Oka Jaśka Obrochtę - z fatalną wiadomością: "Klimka nie ma Zakopanem!"
To znaczy: Zginął! Byliśmy wszyscy przez chwilę rażeni jak gromem. Zginął, on któremu skała była posłuszną, a zła przygoda dosięgnąć nie mogła?
Korowód nasz dalszy był wielce żałobny. Rozumieliśmy, że niesiemy dwa trupy.
We czwartek rano szliśmy znów pod fatalne te ściany. Znowu deszcz lał jak z cebra a mgły przesłoniły góry zupełnie. Pomimo to szliśmy naprzód w nadziei, że może się wypogodzić. Niestety pluta zgęściła się jeszcze. Przeczekawszy tedy na górnych tarasach doliny tak długo, aż możność udania się w skały została wykluczona, wróciliśmy do papierni.
Pod wieczór tego dnia poprosiłem zarządcę o wozy i pojechaliśmy wszyscy do Zakopanego, ażeby się osuszyć i przebrać, cała bowiem odzież nasza przedstawiała mokre zabłocone szmaty. Na drugi dzień wróciliśmy do Jaworzyny.
Nie mogę pominąć tutaj milczeniem faktu, który znowu świadczy o naszej bezbrzeżnej lekkomyślności - ogólnej wadzie społeczeństwa.
W Zakopanem wrzało. Tragiczny wypadek z młodym człowiekiem i zaginięcie Klinika poruszyły do głębi umysły. Deszczowy okres, skupiwszy przyjezdnych gości na miejscu, sprzyjał wytworzeniu się opinii, polegającej bezkrytycznie na domysłach, nastrojach i plotkach. Toteż w kawiarniach przy stolikach, na ulicy pod parasolami, w karczmach wśród kłębów habryki dyskutowano gorliwie na temat wypadku, czynności wyprawy i środków, których użyć by należało. Uczyniono z nas winowajców i sprawców niemal śmierci Szulakiewicza i Klimka Bachledy.
Rano przyszli do mnie przewodnicy: Wawrytko, Marusarz, Tyłka i paru innych. Z wyrazu ich oczu i ściągniętych brwi poznałem, że zaszło coś niedobrego. Opowiedzieli z oburzeniem, co mówią w Zakopanem poczciwi ludziska.
- Myśmy myśleli, że nas dobrym słowem tutaj spotkają, pazduryśmy ostawili na skałach, skórę zdarli na rękach, jak psy poniewierali się w siompawicy, a tu - masz... Nie tak, ba inaczej trza było robić! Pódź sam, kies taki mądry - mówił Wawrytko z oburzeniem. Rozgoryczeni byli strasznie. Chcieli szukać autorów plotki i rozprawić się z nimi doraźnie. Z trudem odwiodłem ich od tego zamiaru (Po skończonej jednak wyprawie musiałem do tych plotek powrócić, w "Nowej Reformie" znalazła się korespondencja z Zakopanego, której autor podawał krążącą pogłoskę, że pomiędzy mną a Klimkiem stosunki były naprężone (w czym cienia prawdy nie było) i że w ową fatalną sobotę rozmyślnie Klimka na śmiertelną drogę posłałem, ażeby... Ażeby on z niej nie powrócił. Nie wiem, co więcej podziwiać: czy naiwność autora korespondencji, czy cyniczną lekkomyślność albo złą wolę autora insynuacji, którzy ze mnie uczynili mordercę Klimka, Zażądałem śledztwa i sądu nad sobą, ponieważ sprawcy tej potwornej plotki nie udało się wykryć. Została z obywateli wybrana komisja, w której skład weszli: prof. uniw. dr W. Kulczyński, dr A. Kuczewski i prof. uniw. dr M. Smoluchowski, Komisja przesłuchała wszystkich uczestników wyprawy, zbadała warunki i wyrok swój uwalniający mię od strasznego zarzutu, ogłosiła w gazetach.)
Tegoż dnia (w piątek) pojechaliśmy z powrotem do Jaworzyny w liczbie osiemnastu wraz z ochotnikami, których zebrał członek Straży Ratunkowej, znany poeta dziś nie żyjący, Jerzy Żuławski. Oddział jego spotkaliśmy byli poprzedniego dnia w drodze i zawrócili do Zakopanego.
W sobotę o trzeciej rano wyruszyliśmy na poszukiwania. Podzieliłem uczestników na cztery oddziały: jeden pod kierunkiem S. Mazurkiewicza miał udać się przez Przełęcz Jaworową i przeszukać stoki od Staroleśnej Doliny, dwa pod kierunkiem W. Tyłki i S. Zdyba - przeszukać obydwa żleby północnej ściany Małego Jaworowego, czwarty wreszcie, który sam prowadziłem, miał od Przełęczy Zielonej przejść granią na Mały Szczyt Jaworowy i stamtąd północną ścianą zjechać na linach w dolinę. Ze mną między innymi był śp. Jerzy Żuławski i Jakub Wawrytko.
Pogoda była dobra, chwilami jednak mgły po turniach się przesuwały i ciepły deszczyk szumiał po skałach.

Klimek Bachleda na Pośredniej Grani. Fot. Mieczysław Karłowicz

Pokonawszy trudności grani byliśmy już pod turniczką oddzielającą nas od szczytu, gdy Wawrytko, który szedł wówczas przodem, zatrzymał się i z przełączki jął pozierać w dolinę. Coś krzyczał ku tamtym na dole. Po chwili zawołał do nas:
- Klimek znajdziony!
Zwłoki wypatrzył z góry oddział Zdyba w żlebie, o którym na początku mówiłem. Ciało Klimka na wpół z odzienia odarte, pogruchotane i pozbawione połowy głowy, przywalone było ogromnym głazem. Serdak i kabat zostały wysoko na ścianie, trzewiki zdarło mu z nóg. Tak w potwornym upadku z wysokości blisko 200 metrów rozebrała go skała!
Zdyb i Bednarski, którzy zwłoki dostrzegli, do tego stopnia byli wstrząśnięci odkryciem, że nie odważyli się w żleb zjechać na linach i zeszli drogą poprzednią. Wszystkie oddziały zeszły również w dolinę. Chmury tymczasem znowu niebo zawlokły zasłoną deszczu zimnego i przenikliwego. Udaliśmy się przeto z górnych pięter doliny na skraj lasów i tam, rozpaliwszy watry, pod gołym niebem noc przepędzili.
W niedzielę - deszcz w dalszym ciągu. Ze żlebu, w którym leżało ciało Klimka, spadał na piargi potężny wodospad. O dostaniu się do żlebu nie można było myśleć. Puściłem więc wszystkich do domów, z wyjątkiem siedmiu, z którymi miałem znieść ciało. W liczbie ich byli: Jerzy Żuławski, Wawrytko, Marusarz i Tyłka. Z nimi zanocowałem w papierni.
W poniedziałek deszcz. Podeszliśmy pod ścianę. Tym razem okryła się ona cała lodem, jak pancerzem i broniła człowiekowi przystępu. Nie chciały góry oddać ciała Klimkowego, uważając je za prawowitą swą własność i pragnąc zatrzymać u siebie. Przemocą trzeba było ciało im wydrzeć!
Zeszliśmy więc niżej i czekali na polepszenie pogody. Istotnie deszcz ustał, a pancerz lodowy jął kawałami odpadać. Ruszyliśmy z powrotem pod ścianę. Górale nieśli ze sobą drabinę, skleconą w lesie ze smreczków.
Podeszliśmy najpierw piargami, następnie wąską szczeliną pomiędzy ścianami a potężnym zwałem zlodowaciałego śniegu, to wspinając się skałkami, to zapierając się w owej szczelinie, dotarliśmy do progu. Tutaj przewodnicy ustawili drabinę i Tyłka wydostał się na wierzch, za nim Wawrytko i Marusarz. Podążyłem ku drabinie, ale wstrzymali mię przewodnicy, oświadczając, że żleb jest w tym miejscu tak ciasny, iż dla czterech miejsca nie będzie. Wyrąbałem więc stopnie w pionowej ścianie śniegu, po których z J. Żuławskim wywspinaliśmy się na krawędź śnieżną i tam na powrót przewodników czekali. Spadające kamienie ustawicznie pruły powietrze ponad naszymi głowami. Dr Żuławski przymocował sobie do głowy w kilkoro złożony serdak, wszakże ta ochrona była bardzo wątpliwa. Trzeba było zdać się na los szczęścia: trafi, nie trafi, i czekać cierpliwie.
Do ciała nie było daleko, toteż niebawem ukazali się przewodnicy, wlokący zwłoki Klimkowe. Rzucili nam koniec liny, za pomocą której skierowaliśmy zsuwające się ciało na śniegi. Stąd spuściliśmy je dalej na linach na piargi.
Późnym wieczorem stanęliśmy znowu na tej samej polanie i znowu komisja węgierska przystąpiła do swych rzędowych czynności.
Zwłoki zostały do trumny złożone i na drugi dzień (16 sierpnia) orszak żałobny wyruszył do Zakopanego.
Pogrzeb Klimka był żywiołową manifestacją sympatii, uznania i szacunku, które wśród wszystkich warstw społeczeństwa posiadał ten sławny przewodnik, najlepszy człowiek i zarazem szczery polski taternik.