Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




W zielonych sankach

A Karlik i V. Vonasek, słuchacze uniwersytetu w Pradze, zginęli na Rysach dnia 19 sierpnia 1910 r.

Cichy słoneczny dzień jaśniał nad kotliną Morskiego Oka, roztaczając spokojną zadumę na czołach granitowych olbrzymów, przeglądających się w lustrzanych szybach jezior, iskrząc się tysiącznymi blaskami odłupanych głazów na piargach Czarnego Stawu, na płytach Mięguszowieckich, na szczerbach klingi Żabiego Konia. Tę siejbę złota siłą kontrastu potęgowały cienie rzucone przez ściany Rysów, kryjących pomiędzy swymi grzędami jak noc czarne żlebiska, ponure, wilgotne i zazdroszczące światła, w którym wirchy tonęły.
W ten cudny dzień szliśmy, Straż Ratunkowa, pod ścianami buli, wznoszącej się nad Czarnym Stawem, spokojnie, powoli, jeden za drugim ścieżką na Rysy. Nie podwajaliśmy kroku tym razem, nie rozglądaliśmy się pytającym wzrokiem po półkach, upłazkach, po załomach kominów, czy nie leży gdzie na dnie żlebu bezwładny strzęp ludzki, czy nie zwisa z głazu zdarty płaszcz z jego ramion, albo nie tkwi ciupaga osamotniona na piargach. Nie wsłuchiwaliśmy się w tajemnicze poszumy, idące kędyś z góry, nie wiadomo gdzie poczęte i gubiące się w skałach jakimś westchnieniem lub szeptem. Ściany rozumieją tę mowę: szeptem odpowiedziały i już zamknęły tajemnicę w sobie. Nie stawaliśmy na odgłos klaskania spadających kamieni, którymi w czas ciszy bawią się góry: bez powodu, ot tak dla rozrywki furknie kamień w powietrzu i trzaśnie raz jeden, a potem cisza. Tylko skałki powtórzą jedna drugiej, że kamień spadł z turni i teraz oto leży spokojnie. Nie chwytaliśmy uchem rozgwaru wody wijących się wśród głazów strumieni, w którym wyraźnie głos słychać ludzki, jak woła z daleka, zamiera, potęguje się, ażeby za chwilę znowu przejść w jęk żałośliwy. Nie stawaliśmy, wstrząśnięci nagle owym ludzkim wołaniem, modlącym się o ratunek, jak żołnierze na bezgłośną komendę. Nie pytaliśmy skał, ani wody, ani wiatru, gdzie nieszczęście ubezwładniło człowieka i na śmierć jego się czai.
Wiedzieliśmy bowiem, że ci, do których idziemy, obojętni są na cudowną grę słońca i na szumy potoków, i na majestat tatrzańskiej przyrody. Że nie wzruszą ich twarze nasze ze współczuciem pochylone nad nimi, nie spojrzą na nas ich oczy z radosnym błaganiem, a nieme usta nie wyrzekną słowa.
Odeszli oni z gór już na zawsze, pozostawiwszy na piargach pokrwawione swe ciała poniżej żlebu, gdzie grzęda z łańcuchami się kończy.
Nie było świadków ich śmierci. Wszakże z rozrzuconych w żlebie przedmiotów, które z otwartych plecaków wypadły, można było wnioskować, że obaj ci turyści zeszli ze ścieżki, która grzędą przebiega, i wstąpili na śnieg zlodowaciały, wypełniający ową rysę charakterystyczną od góry do dołu. Nie wiedzieli nieszczęśnicy, jakie im grozi niebezpieczeństwo. Prawdopodobnie po pierwszych krokach, nie mając czekanów ani doświadczenia, pośliznęli się i pomknęli z szaloną szybkością na dół, obijając się o ściany żlebu.
Siła rozpędu była tak wielka, że wypadłszy ze żlebu, potoczyli się jeszcze kilkadziesiąt metrów piargami, następnie zostali przerzuceni przez wielki, jak chałupa góralska, blok skalny i tam wreszcie się zatrzymali (Znam ten żleb dobrze, gdyż sam nim w podobnych okolicznościach spadałem, zbity z nóg przez pana S., który upadłszy wyżej, zlatywał po śniegu z ogromną szybkością. Dzięki temu, że miałem czekan i od pierwszej chwili użyłem go w sposób właściwy, zdołałem nie tylko na przestrzeni kilkunastu metrów sam się zatrzymać, lecz zatrzymałem również pana S., którego cały czas lewą ręką obejmowałem.). Leżeli teraz bezwładnie jeden obok drugiego, dołami wpadniętych swych oczu poglądając w niebo, jakby sami ułożyli się do snu.
Idąc do góry, wlekliśmy ze sobą wielkie, rozłożyste gałęzie kosodrzewiny, które zrąbaliśmy koło Czarnego Stawu. Na gałęziach ułożyliśmy ciała nieszczęśliwych turystów i, asekurując je linami, ruszyliśmy na dół.
W zielonych tych sankach, roztaczających jak kadzidło woń żywiczną dokoła, jechali z gór Karlik i Vonasek po raz ostatni. Igliwo kosówek szeleściło nad nimi bezsłowne szepty modlitwy, muskało zimne ich ciała dotknięciem matczynej pieszczoty i chwiało się nad nimi w żałosnej zadumie.
Nie widzieli, nie słyszeli już tego Vonasek i Karlik. Dusze ich były daleko.
Na dole oddaliśmy ich ludziom, którzy grzebią umarłych.