Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Gra w ślepą babkę

Zygmunt Nagay, urzędnik ze Lwowa, pomyliwszy drogę na Czerwonych Wierchach, zabłąkał się w górach we wrześniu 1910 r. Wrócił szczęśliwie, odprowadzony przez bacę z Liptowa.

Do jakiego stopnia zawodne są niekiedy wszelkie rachuby w poszukiwaniach zaginionego, oparte na zdrowym sensie, logice i w ogóle psychologicznych możliwościach turysty, udowodni poniższy opis wyprawy, zakończonej wstrzymaniem dalszych poszukiwań przez Straż Ratunkową po otrzymaniu wiadomości o szczęśliwym powrocie turysty do domu.
Trzeba pamiętać, że człowieka wychowanego w mieście i nieobeznanego z wiejską przyrodą, a tym bardziej przyrodą pustyni, bynajmniej nie obowiązuje jej logika, jak owa czwórka, wynik mnożenia 2 przez 2, zamiast której niekiedy występuje lampa. Zdrowy sens, zdolność logicznego rozumowania nie opuszczają go nigdy w skomplikowanych warunkach życia miejskiego. Wśród lasów jednak, wichrów i bezdroży, gdzie psychologicznej świadomości człowieka z ogromną pomocą przychodzi zatracony już w wielu z nas instynkt pierwotnego człowieka, gubi się on od razu jak liść w lejkowatym skręcie trąby powietrznej. Co było prawym, staje się lewym, co było górą, staje się doliną, wschód słońca zachodem, a proste - krzywym.
Temu przede wszystkim pomieszaniu pojęć przypisać należy trudne sytuacje, w których znajdowali się liczni turyści, przeważnie ludzie miast, i większą część górskich wypadków. Bo, zaiste, trudno jest pojąć, jak może człowiek, który ma zdrowe zmysły i jasny pogląd na rzeczy, zeszedłszy kilkadziesiąt metrów ze ścieżki, przebiegającej wygodną granią, poczuć się w sytuacji bez wyjścia, gdy półgodzinne wznoszenie się łatwym terenem wprowadzałoby go z powrotem na ścieżkę, albo, stanąwszy nad pionowym kominem o słabych chwytach, zdecydować się na schodzenie nim w przepaść, gdyby człowieka tego nie opuściła zdolność odróżniania prostego od złożonego, a poziomu od pionu.
Rozdygotane nerwy, prawda, mącą tutaj obiektywny pogląd na rzeczy, ale i bez nerwów taki miastowiec potrafi z olimpijskim spokojem samemu sobie nastąpić na piętę. Dla niego droga na prawo zawsze będzie drogą na prawo, chociażby przed chwilą wstecz się obrócił.
Nie należy nawet temu się dziwić ani potępiać ludzi podobnych. Może to tylko być miarą anormalności życia naszego, a szczególnie niskiego poziomu naszych uczelni, które dając elewom odrobinę wiedzy, pozostawiają odłogiem całą dziedzinę fizycznego ustroju i charakteru, bez rozwinięcia których niepodobna wyobrazić sobie pełni życia człowieka; tym samym krzywdzą go niemiłosiernie, odbierając mu z góry zdolność odczucia radości życia rozumnej istoty, jaką niezaprzeczenie powinien być człowiek.
Pan Nagay w górach zaginął, nie wrócił do domu. Z dwoma swoimi znajomymi poszedł był na Giewont i Czerwone Wierchy. Byli na szczycie Giewontu, potem przez Kopę Kondracką udali się na Małołączniak. Pan Nagay, człowiek zdrowy i w pełni sił, poczuł się trochę zmęczony, więc pozostał na Przełęczy pod Kopą Kondracką, towarzysze zaś jego poszli na Małołączniak: za pół godziny mieli powracać tą ścieżką i razem z p. Nagayem odbyć już dalszą drogę przez Halę Kondratową i Kuźnice.
Jakoż istotnie, po godzinie stanęli na Przełęczy pod Kopą Kondracką, lecz p. Nagaya tam nie zastali. Pewni, że sprzykrzył on sobie oczekiwanie i poszedł do domu, spokojnie wrócili. Lecz w domu i w ogóle w Zakopanem p. Nagaya nie było. Zaniepokojeni zwrócili się do Pogotowia. Biorąc pod uwagę dziwne, rzeczywiście, zniknięcie jego i rozumiejąc, że zabić się można nawet z cztero-metrowej ścianki, których jest w tamtych stronach niemało, ruszyłem ze Strażą.
Przeszukaliśmy pierwszego dnia najskrupulatniej wszystkie żleby i ścianki, spadające z Kopy Kondrackiej ku Hali Kondratowej i Małej Łące, Mały Giewont od północy i od południa, tak, że mysz tam by się nie ukryła, i nic. Ani śladu, ani słuchu. A cóż by tu stać się mogło?
Zanocowaliśmy w kolebie na Przełęczy pod Kopą Kondracką. Rozważałem wszelkie możliwości przygody albo wypadku i nic nie mogłem zrozumieć. Niemożliwości nie brałem w rachubę. Pogoda była piękna, cicho, słonecznie; p. Nagay góry znał mało, zapasów żywności nie miał, nie mógł jednak ani zabłądzić, gdyż cały czas miał przed sobą za drogowskaz Giewont z ogromnym krzyżem na szczycie, koło którego był przed paru godzinami, ani zaprojektować jakąś nową samotną wycieczkę, zwłaszcza że był już zmęczony. Więc gdzie się podział?
Nie mogąc znaleźć na to pytanie odpowiedzi w sferze możliwości, koło północy zdecydowałem się przekroczyć jej granice i puścić się na bezbrzeżne flukty niemożliwości. Zaprzeczyć zdrowemu sensowi, logice rzeczy, wschodowi i zachodowi i samemu sobie nastąpić na piętę. Inaczej mówiąc, szukać drogi do Zakopanego na stronie węgierskiej. I dobrze się stało, bo tym razem tam właśnie ona leżała. P. Nagay bowiem istotnie sprzykrzył był sobie oczekiwanie na towarzyszy i ruszył do Zakopanego.
Mało niedużo, a byłby doń trafił, tylko drogę na wstępie pomylił i zamiast iść w stronę Giewontu zaczął schodzić na stronę przeciwną. Dlatego też w sposób zgoła tajemniczy zniknął nam z oczu.
O świcie rozsypaliśmy się w łańcuch tyralierski i zaczęliśmy schodzić w Dolinę Cichą, przeszukując każdą skałkę, każdą ściankę, żłebiki i żleby. W porannej ciszy rozlegały się na ogromnej przestrzeni ćwierkania naszych gwizdków, jakby stado trznadli nagle tu przyleciało i czyniło owe hałasy. Nikt jednak, żaden głos ludzki nie odpowiedział nam echem. Była już pora jesieni i pasterze zeszli w doliny do swoich osiedli.
Tak posuwając się na dół, znaleźliśmy się na linii lasów. Tu, na ścieżce dostrzegłem świeży ślad ostrego grota ciupagi, odpowiadający w zupełności okuciu ciupagi p. Nagaya. Przywołałem wszystkich trąbką ku sobie i ślad pokazałem. Więc Nagay był tutaj. Jeszcze kilkanaście kroków, i ślad gwoździ podkutego trzewika, gwoździe takie, jak p. Nagaya. w pewnym podnieceniu ratowniczym schodziliśmy dalej gęstą linią tyralierską, zagarniając nią najbliższą okolicę ścieżki.
Przed nami szałasy pasterskie na Tomanowej. Rozbiegliśmy się po opuszczonej przez pasterzy hali i przetrząsamy szałasy. w jednym z nich porzucona dudka od papierosa. Skwapliwie ją podnoszę i czytam napis: napis polski, dudka świeża zupełnie, jakby tylko co wyrzucona... Zatem jest! tutaj blisko gdzieś on się znajduje, zgłodniały zapewne i wyczerpany!
W szałasach go nie znaleźliśmy. Czujnie więc, szybko za śladami stóp jego, znaczącymi się tam i ówdzie w rozmiękłym gruncie, dążymy lasem ku potokowi. Koło potoku ślady zgubiły się. Przechodziły tu stada wołów i owiec i cały teren racicami został zdeptany. Przebyliśmy potok i dalej drogą uważnie idziemy, pewni, że p. Nagay, zrozumiawszy za późno swoją omyłkę, udał się wzdłuż potoku drogą, która ostatecznie do jakiejś wioski go doprowadzi. Nikt z nas o tym nie wątpił. Śladów jednak na drodze nie widać, nie znaleźliśmy ani jednego. Cóż znowu za niespodzianka? Uszliśmy już kilometr, drugi - śladów nie ma. Tutaj p. Nagay nie przechodził na pewno. Stanęliśmy, poglądamy po sobie. Znowu zagadka. W zakłopotaniu stoimy, nie wiedząc na razie, co robić. Czyżby po raz drugi zaprzeczyć wschodowi i zachodowi?
Człowiek głodny i bezsprzecznie już wyczerpany. Z gór zeszedł w dolinę i trafił na jezdną drogę, która go za parę godzin do wsi doprowadzi. Czyżby zdecydował się resztkami sił wlec się w chaos wirchów, w teren bezdrożny i jemu nieznany? na śmierć chyba? Lecz tu jego nie było. Zawracam więc, wbrew wszelkim prawdopodobieństwom, Straż znów ku szałasom, a stamtąd w Dolinę Wierchcichą, kończącą się pod ścianami Świnicy. Po drodze Hala Wierchcicha, na hali pierwsi ludzie, juhasi liptowscy.
- Pochwalony.
- Pochwalony.
- Nie widzieliście ka pana takiego, młody, tęgi, okulary na nosie?
- Ano, ano, beł taki, wczoraj prziseł, ale nie bars beł tęgi, z ledwością kulasami pówłócył. Nocował. Rankiem baca go powiód bez hory na Halę Gąsienicową. Pojad se, popił, kielo telo mu siły wróciło i poseł. Dobrze nie bardzo. Haj!
Nocowaliśmy na Tomanowej. w szałasie paliła się watra, rzucając migotliwe światło na twarze przewodników-górali, którzy piekąc grule, przyniesione z Podbańskiej, gwarzyli wesoło, jak to pan przed nami uciekał: my na przełęcz, on z przełęczy, my na halę, on z hali, my na mostek, on z ostku, my w Wierchcichą, a on kajsi gdziesi i tu się zapodział.
- Mocny jakisi pan, zawyrokował Szymon Tatar, telo świata obleciał przez jadła. Haj!
Potem się okazało, że wszystkie moje rachuby w poszukiwaniach, oparte tym razem z konieczności na nieprawdopodobieństwach, były zupełnie trafne. P. Nagay istotnie pomylił drogę i schodził na stronę węgierską,, myśląc, że idzie do Zakopanego, był na Tomanowej, gdzie posilił się nawet mlekiem z pozostawionego korytka, co mu sił nieco dodało, i dudka była jego. Był przy potoku, od którego zawrócił i poszedł w góry. Doszczętnie wyczerpany dowlókł się do Hali Wierchcichej, gdzie szczęśliwym trafem ostatni jeszcze dzień siedzieli juhasi. Tam go nakarmiono, napojono i na drugi dzień sam baca odprowadził na Halę Gąsienicową.