Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Wyprawa po Aldonę Szystowską

W dniach 9-14, 17 i 18 lipca, l i 2 sierpnia 1912 r.

Aldona Szystowska, słuchaczka Uniwersytetu Jagiellońskiego, schodząc do Doliny Małej Łąki, zginęła w Wielkiej Turni Małołączniaka dnia 8 lipca 1912 r.

Była to jedna z katastrof, wstrząsająca nieprawdopodobieństwem okoliczności, w których się odbyła i dziecięcym stosunkiem do gór ofiary, która zaufała im bez zastrzeżeń. w dzień biały przy ślicznej pogodzie, jedna z uczestniczek naukowej wycieczki, złożonej z akademickiej młodzieży, gubi się na rozłożystym wierchu Krzesanicy i pomimo nawoływań i poszukiwań uczestników wycieczki nie zostaje znaleziona. Samotnie kroczy w stronę Zakopanego, które ze szczytu dostrzegła, a zbliżywszy się do miejsc przepaścistych, nie szuka obejścia, lecz z naiwnością dziecka zaczyna ze ścian zstępować. Spada (z pewnością) w nieprzystępnym kominie, i zostawszy przy życiu, schodzi dalej do drugiej partii urwisk, w której znajduje śmierć swoją.
Szystowska pierwszy raz była w górach, tym też tłumaczyć należy niezdawanie sobie sprawy z ich niebezpieczeństw. Zarzut lekkomyślności bezwzględnie nie może tutaj mieć miejsca.
Dnia 8 lipca w pogodny wieczór letni spotkał mię na ulicy Zakopanego dr Ludomir Sawicki i oświadczył, że tylko co przyszedł z gór z wycieczką naukową, którą prowadził od Babiej Góry. Brak jednej z uczestniczek, która zgubiła się pod szczytem Krzesanicy.
Przypuszczając, że mogła zejść do Doliny Kościeliskiej, posłałem tam zaraz zasięgnąć informacji, również na dworzec kolejowy, gdyż wycieczka tegoż dnia miała wrócić do Krakowa.
Gdy wiadomości nadeszły negatywne, wyruszyłem ze Strażą Pogotowia.
Pierwszego dnia w czterech oddziałach przeszukaliśmy Czerwone Wierchy, wchodząc na nie od Doliny Małej Łąki, Doliny Miętusiej, Tomanowej Przełęczy i Hali Kondratowej. Ani jeden oddział na żaden ślad nie natrafił. Nocleg na Przełęczy pod Kopą Kondracką. Burza z gradem i piorunami.
Na drugi dzień przeszukaliśmy Ciemniak, idąc różnymi drogami.
Trzeciego dnia i następnych usilne poszukiwania na samych wierchach i w okolicznych dolinach. Doliny: Rozpadła, Wantule, Litworowa, Mułowa, Mała Łąka, Kościeliska, Cicha; Wielka Turnia, Jawor, Jaworowe Skałki, Krzesanica, Rzędy, Organy i wiele, wiele innych jak w kalejdoskopie zmieniały się przed naszymi oczami, wszystko na próżno.
Szystowska znikła bez śladu, jak kamień rzucony w głębię tatrzańskiego stawu.
Dzień po dniu szły wyprawy na rozłożysty węzeł Czerwonych Wierchów, którego stoki, w dolnych partiach starym lasem porosłe, tworzą niezliczone kryjówki i zakamarki, gdzie mogło turystkę spotkać nieszczęście. Przeszukaliśmy groty pod szczytem Krzesanicy i Małołącznialka, groty w Dolinie Rozpadłej, złomiska odwieczne w Wantulach, okoliczne lasy. Niektóre partie były kilkakrotnie przeszukiwane. Wielka Turnia np., co do której miałem podejrzenie, że zamknęła w sobie tajemnicę wypadku, cztery razy była przeszukiwana od góry i dołu, tyle ile się dało.
Lornety pracowały gorliwie, wypatrując z żeber skalnych, turniczek i ścianek podejrzane miejsca. Deszcze z gradem i piorunami utrudniały nam pracę. Wyprawa złożona z 40 akademików, którą prowadził p. Aleksander Znamięcki, szukała w kosówkach, ogromną dżunglą pokrywających stoki gór, zwłaszcza na południowej ich stronie. Sprowadzono psy policyjne, które w górach okazały się do niczego: w niektórych miejscach trzeba było przenosić je na rękach, w innych wlokły się zmordowane, nie szukając tropów. Niezwykłym otoczeniem i trudnościami drogi były wprost oszołomione. Czyniono już starania o uzyskanie z Nowego Targu kompanii wojska w celu przeszukiwania lasów tyralierą żołnierzy. Prasa podtrzymywała nastrój nerwowy, podając niewykonalne projekty i pogłoski.
Chodziło teraz o odnalezienie ciała i odsłonięcie tajemnicy śmierci.
W tych warunkach dnia 1 sierpnia zorganizowałem jeszcze jedną wyprawę z 11 ochotników, którą sam poprowadziłem. Chciałem jeszcze raz sprawdzić, czy w miejscach dla mnie wątpliwych nie kryją się zwłoki. Za miejsca takie uważałem Wielką Turnię i Dolinę Rozpadła.
I jedną, i drugą przeszukiwały już poprzednio tam wysyłane wyprawy. Wielką Turnię, jak zaznaczyłem wyżej, wypatrywano z różnych punktów już czterokrotnie. Teraz zamierzałem ją przejść od góry do dołu.
Wyprowadziłem ochotników na Małołączniak i, zostawiwszy ich pod szczytem, ze Stanisławem Zdybem, członkiem Straży, i dwoma skautami, Reroniem i Tąkielem, udałem się w główny żleb Wielkiej Turni. Zaczęliśmy, wspinając się po bocznych żeberkach, wypatrywać załomy i kominy, których tutaj bez liku.
Z północnego żeberka Zdyb dostrzegł plecak, leżący na półeczce skalnej ogromnego komina. Niezwłocznie udaliśmy się tam i na linach, trzymanych przez skautów, dotarliśmy do plecaka. Plecak mały, lekki, wewnątrz bluzka damska, grzebień i różne drobiazgi. Jesteśmy zatem na drodze, którą szła Szystowska: to jej plecak.
Zjechałem dalej na linie 30 m kominem i byłem pewny, że u podnóża jego w wysokich trawach, które tu rosną, znajdę zwłoki nieszczęsnej turystki, komin bowiem w dolnej swej części zupełnie jest gładki i bez pomocy liny zejść jest niepodobieństwem. z całą pewnością mogę ustalić, że p. Szystowska, która tym kominem schodziła, gdyż zejścia innego nie ma, spadła tu po raz pierwszy.
Puściwszy linę zacząłem szukać w trawach stromego i rozległego upłazu. Spłoszona przeze mnie kozica z małym koźlęciem, która pasła się na upłazie, w szybkich susach zniknęła w turniczkach. Zwłok w trawie nie było. Obok patrzyły na mnie obszerne groty i wnęki. o kilkanaście kroków za rynną żlebiku lej w rodzaju studni, idący w głąb skały. Skierowałem swe kroki w tę stronę, a kiedy byłem na środku szerokiej i stromej rynny, ruszyły z góry kamienie, które w szalonych podskokach gromadą na mnie pędziły. Kilku ryzykownymi skokami szczęśliwie umknąłem im z drogi i podbiegłem do leja. Głęboko na dnie jego śnieg stary, zlodowaciały, poza tym nic.
Przeszukałem wszystkie sąsiednie szczeliny i wnęki w tym przypuszczeniu, że p. Szystowska, spadłszy z komina i doznawszy prawdopodobnie cięższych obrażeń, nie mogąc iść dalej, schroniła się w jednej z tych grot. i tu jednak jej nie znalazłem. Ruszyłem więc na dół wysoką trawą i zielskami, rozglądając się pilnie. Doszedłem tak do miejsc, w których upłaz stawał się coraz stromszy, urywając się niebawem pionowymi ścianami. Przy pomocy czekana zacząłem zsuwać się coraz bardziej, aż dalsze posuwanie stało się niemożliwe. Wypukłość zaginającego się w tym miejscu terenu nie pozwalała mi zobaczyć dna samego żlebu. Zaczepiając się o twardy grunt ostrzem czekana, wydostałem się z powrotem na miejsce łagodniejsze i tu postanowiłem czekać na Zdyba. Właśnie ujrzałem go schodzącego do mnie upłazem.
Wypocząwszy przez chwilę, uwiązaliśmy linę do czekana, który Zdyb wbił do ziemi, a stylisko trzymał rękami. Przy pomocy tej liny zeszedłem na skraj urwiska i, oparłszy się nogami o ścianę, wychyliłem się nad przepaścią. Przegląd ścian i piargów na dnie wąwozu nie dał żadnego wyniku. Wy wspinałem się więc do góry i, w innym miejscu zeszedłszy na skraj urwiska, wychyliłem się po raz drugi. Tu, jakich 100 m pod sobą dostrzegłem ciało, leżące na dnie głębokiego żlebu...
Tajemnica została rozwiana.
W fatalnej swej drodze Szystowska, gdy rozminęła się z towarzyszami, skierowała swe kroki na Małołączniak, a dostrzegłszy w dali Zakopane, północnymi stokami góry zaczęła schodzić ku Małej Łące. Towarzysze szukali ją tymczasem na południowych zboczach Krzesanicy. z zupełnym prawdopodobieństwem można tę pierwszą i ostatnią jej drogę w Tatrach teraz odtworzyć.
Tak postępując rozległymi i łagodnymi stokami, znalazła się wkrótce w trawiastym korycie, które doprowadziło ją do górnego wylotu komina, o którym mowa była wyżej. Nie mając doświadczenia i nie umiejąc oceniać możliwości alpejskich, bez namysłu zaczęła schodzić kominem.
Przez Małą Łąkę do podnóża Wielkiej Turni przebiega prosta linia kanału, wyłożonego kamieniami. z góry kanał ten wygląda jak przedłużenie drogi jezdnej, którą widać w dolinie. To ją musiało upewnić, że znajduje się na drodze właściwego zejścia. Zeszedłszy kilka metrów kominem, zauważyła, że plecak odpycha ją od ściany.
Zdjęła więc go i położyła na półeczce. Obniżywszy się jeszcze kilka metrów, urwała się na śliskich ścianach i spadła na upłaz, którym potoczyła się w trawy.
Można sobie wyobrazić, jaki był stan nieszczęśliwej turystki, gdy oszołomiona upadkiem, przerażona samotnością i groźnym otoczeniem a może i ranna, w każdym zaś razie ciężko potłuczona, podniosła się z trawy!
Dalsza jej droga była z pewnością obłędnym i rozpaczliwym szukaniem zejścia do ludzi.
Jak motyl do światła odruchowo dążyła tam, do tej drogi zwodniczej na dole, która miała zwrócić ją ludziom, Prędzej, prędzej, już blisko, droga tuż pod ścianami zaczyna się! prędzej z tych miejsc strasznych, gdzie ściany patrzą tak groźnie a milczenie przemawia głosem spiżowego dzwonu! Tętna pokrwawionej skroni młotami biją po głowie. Prędzej za wszelką cenę!
Jak zahipnotyzowana szła wprost ku tej drodze w dolinie.
Nie zatrzymała jej coraz większa stromość terenu, nie odstraszyła głębia przepaści...
Zawirował cały świat nagle... błysk w oczach pioruna...
Stało się.
Zdumiona jej dusza krąży nad zwłokami, rozpostartymi na dnie potwornej czeluści tatrzańskiej, jak ptak, który z gniazda wyleciał...
Olbrzymi, a bardzo głęboki i wąski żleb zagina się w tym miejscu w kształcie litery S. Tym się tłumaczy, że poprzednie wyprawy, które dokładnie z różnych miejsc turnię badały, nie mogły dostrzec ciała. Żeby je ujrzeć, trzeba było znaleźć się w punkcie prawie wprost nad nim leżącym, jak mnie się to przytrafiło.
Ze względu na późną porę, wydostawszy się ze Zdybem tą samą drogą z powrotem, wróciłem z wyprawą do Zakopanego. Na drugi dzień, wspinając się skałami i wielkimi płytami z doliny, dotarliśmy do zwłok i, zaszywszy je w płótno, na linach spuściliśmy na dół.
Ciało w żlebie przeleżało trzy z górą tygodnie i, nie bacząc na porę letnią, nie było w stanie rozkładu.
Od ścian, z których spadła Szystowska, do miejsca, gdzie zwłoki leżały, było 90 m. Na przestrzeni tej rozsypane były drobiazgi, jak: scyzoryk, zegarek itp. Tę drogę, z pewnością już bez życia, przebyła tocząc się piargami, tak potężne było uderzenie spadającego ciała.
Zegarek wskazywał godzinę 6, tj. czas potrzebny na przebycie trudnej tej drogi ze szczytu Krzesanicy.
O tej godzinie bez wątpienia śmierć nastąpiła.