Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Wyprawa po Bandrowskich i Hackbeilównę

W dniu 27 i 28 lipca 1914 r.

Bronisław Bandrowski, profesor gimnazjum z Krakowa, Anna Hackbeilówna i Maria Bandrowska, zgubiwszy drogę na Granatach, schodzili ku Czarnemu Stawowi. W zejściu tym Bronisław Bandrowski i Anna Hackbeilówna ponieśli śmierć na miejscu, Maria Bandrowska uratowana przez Straż Ratunkową T.O.P.R.

Od wczesnego rana Straż Ratunkowa Pogotowia, zebrana w Dworcu Tatrzańskim, czeka na rozkaz wymarszu.
Już odbyły się zwykłe przygotowania do wyprawy. Dawno już była zbiórka, na której padła była komenda "Kierownicy oddziałów przed front!" Równocześnie, miarowym krokiem wystąpili wyznaczeni kierownicy - wypróbowane w skałach wilki tatrzańskie, które nie raz i nie dwa wydzierały Tatrom z ich czeluści ofiary; przed nimi stanęli wybrani do oddziałów członkowie. Już kolejno, jeden oddział za drugim, wchodzili do izby Pogotowia i szybko w milczeniu rozbierali pomiędzy siebie przybory ratunkowe, opatrunki i zapasy żywności. Już wszystko gotowe, czekają tylko rozkazu: "Siadać na furki!"
Rozkazu tego jednak nie ma, chociaż każdy intuicyjnie wyczuwa tętno katastrofy w powietrzu od gór płynącym. Tam, gdzieś w skałach tragedia jakaś się dzieje - gdzieś, ktoś woła o ratunek albo zamglonym wzrokiem konającego człowieka pogląda obojętnie na zarysy milczących turni. Każdy sercem ku turniom tym się wyrywa: iść, lecieć ku tym nieznajomym, którzy w utęsknieniu na niego czekają! tam skupić całą moc ducha, wyprężyć mięśnie i, zacisnąwszy zęby, rękami jąć się skały...
Rozkazu jednak nie ma. Bo jak można wydać rozkaz maszerowania, jeśli nie jest wiadomy jego kierunek? Tu właśnie zachodzi ta okoliczność. Wiadomo tylko, że nie wrócili. Troje turystów. Wyszli jeszcze cztery dni temu i tegoż dnia mieli powrócić. Zaopatrzeni byli na krótką wycieczkę. Niechybnie coś złego się stało. Gdzie poszli, w jaką stronę skalnego świata, gdzie nocowali - nic nie wiadomo.
Nareszcie przyszła wieść, że w Zakopanem jest pewien pan, który wspomniane towarzystwo spotkał był kilka dni temu na Hali Gąsienicowej. Ż członkiem Straży, Tadeuszem Korniłowiczem, natychmiast udałem się na poszukiwania tego pana i po południu znaleźliśmy go wreszcie. Od niego też dowiedzieliśmy się, że Bandrowski w towarzystwie dwóch pań wybierał się na Granaty, a wieczorem miał wrócić do Zakopanego.
Złe przeczucie tknęło mię jak nożem w serce... Komin Drege'a!... Ta czarna szczelina, opadająca prawie pionowo w 120-metrowych ścianach, którymi urywają się Granaty nad Czarnym Stawem - pułapka dla niedoświadczonych turystów, zachęcająca do zejścia na tuż pod nią rozsypane piargi.
W kominie tym zginął parę lat temu nieszczęśliwy Drege, szukając zejścia z Granatów...
Otrzymawszy jeszcze telegraficzne odpowiedzi na depesze z węgierskiej strony, wyruszyłem ze Strażą.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy po raz pierwszy zatrzymałem Straż nad Czarnym Stawem, naprzeciw milczących i spokojnych ścian Granatów. Pogoda śliczna, cisza w powietrzu, tylko jakiś smętek jak gdyby przedwczesnej jesieni, otaczał zadumane turnie. Kazałem lornetować ściany.
Wnet dziewięć najlepszych w świecie polowych lornet skierowało się na Granaty i dziewięć par bystrych ócz wpiło się w ściany.
Nie piękności widoków chłonęły w siebie chciwe szkła lornet, nie kozic wypatrywały sokole oczy górali-myśliwców...
Żleb za żlebem, spasztę za spasztą, kamień za kamieniem oglądały te oczy, jak oczy żołnierza, szukające celu do strzału. Wiedziały już dobrze te oczy, że nieraz zza głazu wystaje bezwładnie noga leżącego człowieka, czasem sprzęt jakiś, ciupaga lub porzucone okrycie mogą zdradzić jego obecność i pilnie przeglądały ścianę. Żadnego śladu. Marsz dalej. Wyprowadziłem Straż na niewielką bulę, wznoszącą się nad południowym brzegiem Czarnego Stawu, skąd najlepiej widać ściany Granatów i kazałem znów lornetować.
Znowu lornetki gorliwie jęły się przesuwać po załomach skalnych, po żlebach i szczelinach. Mrok już zaczął snuć swe nici pajęcze po stawie, po piargach i zasłoną tajemnicy otulać podnóża skalnych olbrzymów, chociaż szczyty tonęły jeszcze w słońcu.
I to oglądanie nie dało żadnego wyniku. Już niektórzy z członków Straży schowali lornety do futerałów i zaczęli schodzić na ścieżkę, gdy nagle Staszek Byrcyn, przewodnik, krzyknął: "o, jest! człowiek w kominie.. widzicie? Tam na płasience"!
Skierowałem w to miejsce lornetę i oniemiałem. Własnym oczom nie mogłem uwierzyć!
Człowiek istotnie - widzę go, rusza się, w białej koszuli czy bluzie tkwi nad przepaścią w połowie wysokości wspomnianego komina... w postawie półsiedzącej, z nogami, wiszącymi w powietrzu, jedną ręką opiera się o przeciwległą ściankę komina i chwieje się miarowo: naprzód i wstecz... Co to znaczy? Co znaczą te dziwne niezrozumiałe ruchy? Skąd wziął się w miejscu tym człowiek żywy, gdy wiem z całą pewnością, że ani z dołu, ani z góry dostać się tam nie można? Chyba z balonu sterowego wysadzono go na tę śmiertelną płasienkę?
Takie myśli wirowały mi w głowie, gdy patrzyłem na tę skazaną istotę i oczom swoim nie chciałem dać wiary.
Tymczasem członek Straży, Zdyb, dostrzegł ciało, leżące niedaleko u podnóża skał na piargach. z położenia ciała od razu można było wywnioskować, że są to już martwe zwłoki człowieka.
Przyłożyłem trąbkę sygnałową do ust i kilkakrotnie zatrąbiłem. Donośnie echo trąbki rozległo się w skałach. Potem złożyłem dłonie w tubę i głośno, wyraźnie krzyknąłem:
"Czekać spokojnie, idziemy!"
Wahadłowe ruchy człowieka, tkwiącego w szczelinie, ustały. Jak później dowiedziałem się, i trąbka i głos mój zostały przez człowieka tego - a była nim panna Maria Bandrowska - usłyszane i zrozumiane dobrze. Skutkiem tego było zaprzestanie wahadłowych ruchów.
Zorientowawszy się od razu, że z dołu kominem dostać się jest niepodobieństwem, szybkim krokiem ruszyłem ze Strażą piargami w kierunku perci, wiodącej na Granaty od Czarnego Stawu. Po drodze przeszliśmy obok ciała, leżącego na piargach. Stwierdziwszy, że był to już trup bezduszny, szybko pod ścianami kroczyliśmy dalej, potem ścieżką paręset metrów, a znalazłszy się na wysokości górnej krawędzi spaszt, zaczęliśmy trawersować żleby. Wkrótce stanęliśmy w żlebie ponad fatalnym kominem. Tuż obok skałka, pod skałką zmięta trawa - miejsce bezpieczne i dobre, porozrzucane papierki od czekolady, sznureczki... Tu był ich biwak, tutaj długie dni i noce spędzili.
Szary mrok wypełznął z doliny i żlebami wywspinał się już do miejsca, w którym stanęliśmy. Cisza. Krótki przegląd oczami najbliższych ścianek, załomów i głazów nie wykrył nic oprócz wspomnianych śladów na trawie, a zatem - na dół!
Nie mogę się powstrzymać, ażeby na tym miejscu nie podnieść z najwyższym uznaniem poczucia obowiązków u członków Straży - uczestników wyprawy, ich niezwykłej karności, zupełnego opanowania siebie i sprawności technicznej.
Bo proszę sobie obraz przed oczyma postawić: noc prawie zupełna, złowroga czeluść u dołu, w czeluści dwoje ludzi czeka na spieszny ratunek. Tam zejść musimy. Nie wszyscy, gdyż miejsca tam dla wszystkich nie ma. Kto pójdzie - rozkaz zadecyduje. Co go tam spotka, jaka praca nadludzka? Czy wróci stamtąd? Czy nie runie na jego głowę zwał kamieni, poruszony w dzikich tych miejscach liną ze swego gniazda? Ani słowo z ust żadnych nie padło - milczenie zupełne. Każdy pójdzie bez błysku wahania i spełni zadanie szybko, dokładnie i do granic ostatnich możliwości sił swoich. Wiedziałem o tym tak dobrze, jak to, że noc jest w tej chwili i że pod nami w ścianie są ludzie.
Przypominają mi się pierwsze wyprawy, gdy Straż nie była jeszcze dobrana i zgrana .W krytycznych momentach, gdy zachodziła potrzeba sprawnego i spokojnego działania, nerwy nawet doświadczonych turystów i przewodników odmawiały posłuszeństwa woli: zaczynały się spory, czasem ostre, co do sposobu działania, użycia liny itp. Człowiek przestawał panować nad sobą.
Długie doświadczenie i przejęcie się zasadą bezwzględnej karności uczyniły z tych ludzi doskonałych żołnierzy ratownictwa. Nikt nie wyrywał się naprzód, nikt nie zostawał w tyle. Każdy wiedział, że będzie miał udział w pracy - co mianowicie, za chwilę się dowie.
Żlebisko, które u góry jest szerokie i łatwe do zejścia, tutaj jest już wąskie i strome. Goła skała.
Zeszliśmy dnem jego tyle, ile się dało, tj. na skraj przepaści. Tutaj podzieliłem Straż na grupy i każdej grupie wyznaczyłem zadanie. u góry zaczęli rozwijać liny i czynić przygotowania: Korniłowicz, Lesiecki i Staszek Byrcyn, poniżej: Oppenheim, Ceberniak i Zdyb. Ja z Marusarzem Jędrzejem mieliśmy zejść w komin na linach.
Zarzuciłem zapasową linę przez ramię, zapaliliśmy latarki, obwiązaliśmy się linami i, trzymając latarki w zębach, ruszyliśmy w komin. Szedłem pierwszy, Marusarz za mną.
"Jędrzeju, rzekłem do niego już na ścianie, ani jeden kamień - rozumiecie?"
"Rozumiem" odpowiedział. Drżałem na myśl, że nieostrożne w ciemności stąpnięcie albo szarpnięcie liną może strącić głaz na głowy uczepionych tam pod nami ludzi. Miejsca te boże, nieruszane od wieków: na każdej płasience, na każdej półeczce leżą głazy spiętrzone, czekając na wyzwolenie. Jeden z nich poruszony pociąga za sobą całą gromadę. a wszak do zabicia człowieka wystarczy kamień wielkości pięści.
Ani jednego kamienia!
I rzeczywiście szczęście nam sprzyjało, gdyż w całej długiej wędrówce po ścianach, z wyjątkiem drobnych szmermeli, które z furkotem przelatywały nam koło głowy, ani jeden kamień nie został przez nas strącony.
Kiedyśmy się znaleźli już w kominie, woda, sącząca siej w żlebie, zaczęła strumieniem lać się nam na głowy. Latarki zgasły od razu. Dalszą drogę musieliśmy odbywać po omacku. Woda była tak zimna, że w kilka chwil przemoczeni do nitki, nie bacząc na pracę forsowną, którą wykonywaliśmy, obaj dygotaliśmy z chłodu.
Trzymając się rękami podwójnej liny, uwiązanej u góry do bloku skalnego, nogami wyszukiwaliśmy na ścianach wystenków, listewek i tak kocimi ruchami, by nie zbudzić licha kamiennego zwału, coraz niżej opuszczaliśmy się na dół. Miejscami zjeżdżaliśmy, wisząc wolno w powietrzu.
W pewnej chwili namacałem rękami koniec 30-metrowej liny. Właśnie w miejscu bardzo złym, bo na pionowej ścianie. Znalazłem końcami butów jakąś listewkę, na której zaczepiłem się gwoździami trzewików i tu musiałem wykonać niełatwą w tych warunkach pracę dosztukowania jej zapasową liną, którą na szczęście wziąłem ze sobą. Użyłem do tego zębów i lewej ręki, gdyż prawą musiałem się trzymać liny zjazdowej. Długo mozoliłem się, zanim rozwinąłem i rozplatałem w ciemności zapasową linę i węzłem alpejskim związałem ją z drugą. Wtedy ruszyłem dalej. Po chwili dostrzegłem pod sobą dwie czarne plamy na płycie, jakby dwa czarne okrycia. Sądząc, że są to nieszczęśliwi turyści, okryci pelerynami, krzyknąłem: "nie ruszać się z miejsca, czekać!" Ciemne plamy nie odpowiedziały. Niebawem stanąłem przy nich: dwa okrycia, ludzi nie ma.
Zacząłem dalej zjeżdżać i wkrótce z bliska ujrzałem leżącą pod sobą postać ludzką. Powtórzyłem znów nakaz nieruszania się z miejsca, wszak może spaść w moich już oczach, zanim dosięgnę ją dłonią: leży na samym skraju malutkiej, silnie nachylonej ku przepaści płycie!... "Nie ruszać się z miejsca, zaraz będę!" Nikt nie odpowiedział. Już, już prawie staję nogą na płycie... Wtedy głos usłyszałem: cichy, głuchy jęk, jakby westchnienie konającego człowieka.
Stanąłem na płycie.
Ciarki mię przeszły: postać leży na samej krawędzi, jedna noga wisi nad otchłanią w powietrzu!
Szybko przestępuję nogą przez leżące ciało, mając na myśli - odgrodzić w pierwszej chwili nogami swoimi jak poręczą od przepaści człowieka...
I kiedym przenosił nogę ponad ciałem, z bezwładnie leżącej masy doleciał mię głos ledwo słyszalny:
"Ostrożnie, tam przepaść"...
Tych słów nigdy nie zapomnę!
Ktoś na wpół sam już umarły, godzinami nad przepaścią leżący i nie mający sił, ażeby podźwignąć się wyżej, ostrzega przed niebezpieczeństwem, w którym sam się znajduje, żywego człowieka...
Te słowa w prostocie swojej i mocy były niezwykłe! w najwyższe zdumienie mię wprowadziły.
Nie czas był jednak na rozmyślania.
Mając jedną stopę po drugiej już stronie leżącego ciała, szukałem dla niej oparcia...
I nie znalazłem. Tak ściśle leżąca ta istota skojarzona była ze śmiercią, że na krawędzi płyty nie znalazło się już miejsca dla człowieka, który chciał ją sobą od śmierci odgrodzić.
Zmuszony byłem zjechać jeszcze niżej na linie i tam zaczepiłem się nogami na jakimś wysterku. Postać leżącą miałem teraz na wysokości swej piersi. Odetchnąłem. Teraz już ciebie w przepaść nie puszczę!
Zębami i lewą ręką ściągnąłem zapasową linę, przeznaczoną dla tych nieznajomych, którą wlokłem za sobą i obwiązałem ją w pół.
Jużeś uratowana!
Wydostałem się z powrotem na płasienkę i przy pomocy Marusarza, który z góry się zsunął po linie, dźwignęliśmy postać leżącą i postawili na nogi. Podtrzymywana przez nas stać mogła.
Była to kobieta. Jedna z dwóch, która?
"Jak się pani nazywa?"
"Maria Bandrowska", odpowiedziała.
Zatem przytomna. Zadałem parę pytań, chcąc się przekonać o stanie jej ducha.
"Czy wie pani, kto jest przy pani?"
"Wiem, Pogotowie - odrzekła - słyszałam trąbkę i głos wasz"...
Miała na sobie cienki sweter i letnią bluzkę. Leżała cały czas w lodowatej wodzie. Obaj z Marusarzem, ubrani cieplej, drżeliśmy z zimna. a ona? Srogie czasem są góry. Ubraliśmy pannę Marię Bandrowska w swoje okrycia, daliśmy kilka kropel koniaku i szczyptę czekolady. Teraz do góry! Ale jak? Samemu trudno wywspinać się po tych spasztach, a tu trzeba jeszcze wydźwignąć człowieka. Zawezwać kogoś z góry do pomocy nie można gdyż miejsca było za mało.
Ułożyłem plan posuwania się i zakomunikowałem go Jędrzejowi.
Związaliśmy się obaj liną w odległości 10 m jeden od drugiego. Marusarz wywspinał się parę metrów. Wtedy jedną ręką zębami ciągnął za pomocą liny pannę Bandrowska, ja zaś posuwałem się tuż za nią u dołu i dźwigałem do góry. Gdy panna Bandrowska; znalazła się koło nóg Marusarza, przyjmowałem ją na ręce i trzymałem, dopóki Marusarz nie znalazł zaczepienia na ścianie. Wówczas znów dźwigaliśmy ją parę metrów do góry, po czym praca zaczynała się od początku.
Tak metr po metrze z niesłychanym wysiłkiem posuwaliśmy się do góry.
W pewnej chwili, gdy panna Bandrowska wisiała wolno na swojej linie i kręciła się w powietrzu, zaczepiając rozpuszczonymi włosami o skały, wypowiedziałem kilka słów usprawiedliwienia się z powodu silnego, brutalnego nieraz sposobu transportowania. Istotnie przykro bardzo było patrzeć, jak bezsilna głowa obijała się o skały, urywały się włosy, zaplątane w ostrych granitach. i na to usłyszałem zdanie, godne zaiste słów Księcia Niezłomnego: "ten, kogo ratują, nie cierpi". Rozmowa, bądź co bądź filozoficzna, prowadzona w warunkach wręcz niezwykłych.
Panna Bandrowska i tutaj, i w dniach poprzedzających katastrofę, gdy sytuacja nieszczęsnego grona turystów była bardzo ciężka, wykazała wielki hart ducha, co ze ścisłością kronikarza muszę podkreślić. i wyrazić swoje pełne uznanie. a tym łatwiej jest mi to uczynić, że panny Bandrowskiej ani przedtem, ani potem w życiu nigdy nie spotkałem.
U wylotu przewieszonych ścian komina odetchnęliśmy nieco. Jeszcze 10 m takiej drogi, a siły nasze wyczerpałyby się zupełnie.
Dalej pannę Bandrowska dźwigaliśmy na plecach, wspinając się obok: gdy jeden z nas dźwigał pannę Bandrowska na sobie, drugi ją podtrzymywał.
Tak wydostaliśmy się na szersze miejsce, gdzie zeszli do nas na linach członkowie Straży z oddziału dolnego i wzięli ją na swoje ramiona. Wyżej, w miejscu dogodnym ubrano pannę Bandrowska w nieprzemakalne ubranie Pogotowia i napojono gorącą herbatą. Wkrótce przyszła do siebie i zasnęła.
Postanowiłem całą wyprawę zatrzymać przez noc w tym miejscu, a o świcie znieść pannę Bandrowska w dolinę, co też. się stało. Ja tylko z Marusarzem zeszliśmy do schroniska, nie czekając świtu, gdyż byliśmy wyczerpani i przemokli do nitki.
O świcie zaczął się transport panny Bandrowskiej do Zakopanego.
Tegoż dnia dostaliśmy się od dołu do ciała Bandrowskiego, który leżał u spodu komina na skalnym progu, jakie 30 m ponad piargami. Leżał dokładnie w tym samym miejscu, co niegdyś Drege i prawie w tej samej pozycji. Obydwa ciała znieśliśmy nad brzeg Czarnego Stawu, gdzie je wzięli na nosze ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego.


Nad piargami Czarnego Stawu rozegrała się jedna z największych tragedii, jakie znają kroniki katastrof alpejskich. Fatum nieubłagane tragedii greckiej ciążyło nad gronem nieszczęśliwych turystów i kierowało ich krokami od chwili zgubienia ścieżki na grani Granatów, aż do epilogu, którym było roztrzaskanie się ciała kierownika wycieczki o głazy komina. Krok za krokiem zbliżali się oni do śmierci i im niżej schodzili, tym bardziej jej władzy się oddawali, aż w końcu wrota życia zamknęły się nad pozostałymi dwojgiem na fatalnej płasience, nad którą nachyliły się przewieszone ściany... Jedna była stąd droga. i Bandrowski poszedł tą drogą.
Katastrofa ta jest zarazem odstraszającym przykładem, do jakiego stopnia u ludzi nieobytych z górami może w chwilach cięższych nastąpić zamroczenie elementarnych zdolności orientowania się w terenie i oceny trudności. Śp. Bandrowski, który prowadził tę wycieczkę, znał Tatry i był na wielu szczytach wysokich. Chodził jednak niesamodzielnie i znanymi ścieżkami. z chwilą zgubienia drogi i wejścia w żleb nieznany od razu stracił pewność siebie, a umiejętność jego orientowania się w położeniu najwidoczniej obniżyła się aż do niezdolności widzenia rzeczy zupełnie prostych.
Droga, którą przebyli turyści od grani do miejsca, gdzie biwakowali, nie przedstawia żadnych poważniejszych trudności. Sam żleb, jak i otaczające go stoki, pozwalają na kombinowanie najróżnorodniejszych wariantów w celu już to wydostania się z powrotem na grań, już to szukania obejścia trudności. Najprostszą rzeczą byłby powrót tym samym żlebem na zgubioną u góry ścieżkę, na co potrzeba by było czasu najwyżej godzinę i niezbyt wielkiego wysiłku. Okropny los chce jednak, ażeby wspomniane grono, a właściwie dwoje ludzi, bo Hackbeilówna na drugi już dzień zginęła, spędzili na jednym miejscu bezczynnie pięć dni i cztery noce. Piątego dnia, gdy wyczerpani doszczętnie moralnie i fizycznie zaczęli schodzić kominem, rzecz prosta, nie byli już za swe kroki odpowiedzialni...
Przebieg tej złowrogiej wycieczki był następujący. Troje wspomnianych turystów przechodziło grzbietem Granatów od Kozich Wierchów w stronę Przedniego Granatu. Między Przednim a Środkowym Granatami zgubili znaki czerwone na ścieżce i weszli w szerokie łożysko żlebu, zachęcające wprost do zejścia w kierunku Czarnego Stawu. Trudności z początku żadnych, potem nieco gorzej, ale dobrze się schodzi do końca żlebu, który w pobliżu urywających się ścian staje się stromy, wreszcie przechodzi w olbrzymi komin.
Tu, gdzie żleb staje się trudny, turyści bardzo przezornie zatrzymali się i noc pod skałką pod gołym niebem spędzili. Na drugi dzień pozostali w tym miejscu i wołali o pomoc. Widzieli turystów, podążających w stronę Zmarzłego Stawu, krzyczeli do nich, turyści okrzykami im odpowiadali i szli dalej swą drogą. Widocznie wołania o pomoc nie rozumieli.
Panna Hackbeilówna odłączyła się wtedy od towarzystwa i poszła szukać zejścia albo pomocy. Poszła i nie wróciła. Zginęła w sąsiednim żlebie, spadłszy około 100 m na piargi.
Pomoc nie nadchodziła. Pozostali dwoje zaczęli się domyślać nieszczęścia. Śp. Bandrowski zaczął się niepokoić o los Hackbeilówny, wreszcie przyszedł do przekonania, że stał się sprawcą jej śmierci. To mu resztę sił i panowania nad sobą odebrało. Był chory fizycznie i rozbity moralnie. Na pół przytomny zaczął majaczyć o samobójstwie. Siostra wszelkimi siłami dodawała mu otuchy i powstrzymywała go od myśli fatalnej. Tak minęły im drugi dzień i noc, trzeci i czwarty. Zapasy żywności mieli niedostateczne, a i te dawno się wyczerpały. Okrycia lekkie. Noce były zimne, we dnie śnieżek z deszczem chwilami już polatywał...
Co przeżyło tych dwoje ludzi, przykutych do miejsca, szamocących się w walce duchowej, a chwilami i fizycznej, gdyż panna Bandrowska przemocą powstrzymywała brata od spełnienia strasznego zamiaru, nie podejmuję się słowem wyrazić. Pewne jest, że przeżycia ich były okropne, a położenie już wówczas bez wyjścia.
Piątego dnia, nie zdając sobie już sprawy z tego, co czynią, zaczęli schodzić. Powiązawszy rzemienie i plecaki w rodzaj liny, starali się używać jej do pomocy. w zejściu tym w kominie parokrotnie spadali jedno na drugie. Szczęśliwym jakimś trafem za każdym razem zaklinowywali się w ścianach komina i uniknęli w ten sposób śmierci.
Wreszcie znaleźli się na malutkiej płycie, silnie ku przepaści ściętej. Dalej ściana w powietrze się urywała. Nad nimi nachyliły się przewieszone skały, z których spadli przed chwilą. Droga powrotu została zamknięta, Na dobitek z powodu (niepewnej pogody i lada dzień oczekiwanego wybuchu wojny światowej w górach nagle stało się pusto. Żywego ducha nigdzie na ścieżkach nie było.
O godzinie siódmej rano brat i siostra znaleźli się na płasience. o godzinie pierwszej po południu Bandrowski, nie mogąc dłużej znosić tortury, rzucił się w przepaść. o godzinie siódmej wieczór panna Bandrowska, która przeleżała tam w wodzie długie godziny, zdecydowała się pójść w ślady brata.
Dźwignęła się do pozycji półsiedzącej, ręką oparła się o przeciwległą ścianę komina i, poruszając się w przód i wstecz, zaczęła zsuwać się z płyty...
Był to ów ruch wahadłowy, który w tym właśnie momencie dostrzegliśmy z doliny!
Jedna noga już wisiała w powietrzu.
Jeszcze kilka sekund i trzecią ofiarę pochłonęłyby góry!
Donośnie zabrzmiał głos trąbki... ludzkie głosy słychać w dolinie...
Panna Bandrowska zrozumiała. To pomoc!
Bez sił opadła na płytę i zasnęła.
Zbudziła się, kiedym przez nią przestąpił i daremnie szukałem na krawędzi oparcia dla stopy...