Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Dwa skoki

Dwa skoki - dwa głupstwa. z całą otwartością muszę się do nich przyznać.
Było to w Norwegii.
Służyłem wówczas jako sternik na szkuner-brygu (statek żaglowy dwumasztowy z rejami) "Dzierżawa" i o górach wysokich niewiele myślałem. Nie miałem zresztą na to czasu. Twarde życie marynarza mierzy się okresami od wachty do wachty, od jednej burzy do drugiej, od portu do portu. a na lądzie życie przewala się potężnym wałem, zmiatając czas jak piasek na morskim wybrzeżu...
Widziałem, co prawda, gór tych niemało: Taurus, Liban, Synaj, Atlas, Sierra Nevada, Nord Czjun, Nordkap, Kompira-Jama i Fudżi-Jama, i Ossa, i Olimp...
Były to jednak wrażenia wyłącznie wzrokowe, jakich się doznaje, kiedy się patrzy na piękną panoramę zaczynającą się tuż u stóp widza prawdziwymi trawami, ziołami, kamieniami, połamanymi kołami, kaskami żołnierzy, którzy przed chwilą tu byli, i tym podobnymi akcesoriami. Wysokości gór jednak własnymi krokami nie mierzyłem.
Raz tylko uczynić to chciałem - ot tak, przygodnie, na poczekaniu.
Żeglowałem wtedy na innym okręcie, wielkim trój-masztowym parostatku, jako prosty marynarz. I oto Zielone Święta zaskoczyły nas w jednej z najupalniejszych na świecie zatok, tam gdzie przepyszny, olbrzymi Antitaurus styka się z romantycznym Libanem. Staliśmy na kotwicy na rejdzie Iskanderunu (Aleksandretta). Wyspa Cypr majaczyła za nami niebieskawym welonem wysokich gór swoich.
Zostałem wysłany w szalupie wraz z sześciu innymi ludźmi załogi na dalekie od naszego okrętu wybrzeże w celu nacięcia gałęzi i traw dla przyozdobienia zielenią okrętu.
W palący skwar wiosłowaliśmy długo, wreszcie szalupa nasza werżnęła się kilem w piaszczyste wybrzeże. Weszliśmy wówczas do wody i szalupę na brzeg wyciągnęli. Pierwszą myślą strudzonych marynarzy było znaleźć odrobinę cienia i odpocząć po znojnej żegludze. o paręset kroków od brzegu zaczynał się wielki i gęsty las oleandrów. Właśnie był czas ich rozkwitu i cały las płonął czerwienią wspaniałych bukietów. Marynarze w cieniu wkrótce zasnęli, ja zaś zapuściłem się w gęstwinę oleandrów, w kierunku gór Libanu, które już za lasem się zaczynały.
Szedłem długo, mijałem w tym lesie polany i piaszczyste wydmy, mijałem jadących na wielbłądach Druzów w białych burnusach ściągniętych na głowach ciemnymi opaskami, z których naokoło zwisały na sznureczkach kulki - o twarzach czarnych jak noc zwrotnikowa, z wyrazem zdumienia i wcale nie gościnnej życzliwości. Nie zaczepiali mnie jednak. Szedłem dalej, pragnąc prędzej las minąć i zacząć wznosić się w górę. Spostrzegłem jednak niebawem, że chociaż uszedłem już niemały kawał drogi, góry do mnie wcale się nie przybliżyły. Zrozumiałem tedy, że jestem jeszcze zbyt daleko, ażebym mógł kusić się w ciągu krótkiego czasu, którym rozporządzałem, dostać się do nich, i zawróciłem, nie minąwszy nawet lasu oleandrowego.
Wycieczki w góry na poczekaniu nie udało mi się wówczas zrobić. Udało mi się to jednak w górach norweskich.
I tym razem popłynąłem szalupą z kilku ludźmi załogi "Dzierżawy", tylko nie pod skwarnym niebem południa, lecz w zimnych blaskach niezachodzącego słońca północnej Norwegii. Okręt nasz stał w Alten-Fiordzie, myśmy zaś kierowała się szalupą ku zatoce Bugten, gdzie były piekarnie. Mieliśmy stamtąd przywieźć zapasy świeżego chleba. Przeciwny wiatr wznosił znaczne fale i utrudniał bardzo żeglugę. Toteż w pewnej chwili skręciliśmy ku wybrzeżu i wylądowali.
I tu marynarze rozciągnęli się na brzegu i usnęli snem bohaterów. Ja znów skierowałem się ku górom. Tylko tu zaczynały się one rzeczywiście niemal od samego brzegu.
Zacząłem wznosić się bystrymi upłazami do góry. Przede mną piętrzyły się granitowe olbrzymy. Zainteresowała mię szczególnie jedna igła, nazwijmy ją Mnichem, utworzona przez odpęknięcie strzelistego, ogromnego bloku od macierzystej skały, która równolegle do ścian jego wznosiła się litymi płytami hen gdzieś pod niebo. Trawiaste upłazki prowadziły ku jej górnej krawędzi. Coraz wyżej i wyżej wspinałem się stromym zboczem, przewijając się zachodzikami to w prawo, to w lewo, czepiając się jego długich i mocnych traw rękami, albo czołgając się po malutkich grzędach. Tam i ówdzie rosły nikłe krzaki kosodrzewiny, które mi pomagały wciągać się na progi. Wierzchołek Mnicha coraz bliżej z lewej strony ode mnie. Prześlicznie wyglądały polerowane jego ściany, jak ściany olbrzymiego graniastosłupa postawionego tu ręką cyklopa. Skierowałem się w lewo i po dłuższej chwili ujrzałem szczyt jego pod sobą. Na szczycie była czapka z ziemi porosłej taką samą trawą. Zsunąłem się kilka metrów po bardzo stromym w tym miejscu stoku i stanąłem na skraju przepaści.
Czapka Mnicha była pode mną. Dzieliło mię od niego jakie 1 1/2 metra powietrza. Wszakże ciekawą byłoby rzeczą stanąć w miejscu, gdzie od początku świata stopy ludzkiej nie było? (W Norwegii wówczas turystyka wysokogórska była nieznana.) Bezsprzecznie byłoby to rzeczą ciekawą. Myśl błysnęła i tak samo szybko nastąpiła decyzja. Skupiłem się w sobie przez chwilę i już rzut odskoku niósł mię w powietrzu na głowę Mnicha. Dobrze, prawidłowo skoczyłem, prawie na sam środek jego czupryny.
Podsunąłem się na jedną krawędź - pięknie, powietrznie, blacha graniastosłupa lśni tak samo, jak z tamtej strony; podsunąłem się ku drugiej krawędzi - i tu powietrze i ściana polerowana. Uczucie tryumfu przeniknęło mi duszę. Jestem na jakiejś kolosalnej kolumnie Zygmunta, na igle Kleopatry, lub Pompejusza, którą podziwiałem w Egipcie, z tą różnicą, że tę kolumnę nie ręka ludzka dźwignęła i nie było jeszcze człowieka, który by z jej wierzchołka patrzył na fale fiordu. Na pewno. Pięknie i wzniosie jest tutaj! Ekspozycja otchłani nie sprawiała na mnie większego wrażenia, gdyż wspinając się niemal codziennie po masztach i rejach okrętu, z wrażeniami perspektywy powietrznej byłem obyty.
Obejrzałem z ciekawością okolicę bliższą i dalszą, na syciłem się wrażeniami widoków, czas więc już wracać... Tu spojrzałem na swą drogę powrotną. Spojrzałem i w duszy zamilkłem...
Wszakże ja skoczyłem z góry na dół, a teraz mam skoczyć nad ogromną przepaścią z dołu do góry... Przed mną na wprost gładka ściana, a wyżej dopiero trawiaste zbocze, na którym zatrzymać się mogę! Innej drogi ma.
Jeżeli nie ma, muszę wrócić tą samą drogą. a zatem...
Skurczyłem się jak nakręcona sprężyna, cofnąłem się krok jeden i w szalonym wysiłku skoczyłem na ścianę do góry... Padłem, że się tak wyrażę "na cztery nogi", gdyż równocześnie z doskokiem nogami, wpiłem się palcami w ziemię upłazka...
Nie odpadłem jednak od trawiastej ściany, do której w skoku zmierzałem, i utrzymałem się!
Obejrzałem się poza siebie i wówczas mi się zjeżyły włosy na głowie... Mnich był znowu pode mną. Wykonałem skok zupełnie wariacki i bardzo trudny. Rozumiałem jednak, iż był on konieczny.
Czy był konieczny? Ten drugi - być może.
Wywspinałem się z powrotem do góry, potem tą samą drogą zeszedłem na brzeg morza, gdzie oczekiwali mię zaniepokojeni moim zniknięciem towarzysze załogi.
Była to moja pierwsza wycieczka w wysokie góry, stosunkowo krótka, lecz dostatecznie długa, ażebym zdążył na niej aż dwa głupstwa alpinistyczne popełnić.