Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




W górach norweskich

Minęło czasu niesporo i znów zawitałem na wody północnej Norwegii. Tym razem jako kapitan pięknego dwumasztowego okrętu "Nadzieja".
Zarzuciłem kotwicę w zatoce Komag-Fiordu i po załatwieniu formalności portowych przystąpiłem do zwykłych czynności kapitana kupieckiego statku: wyładowania i naładowania podpokładów towarami mającymi obieg na morzach północnych, a przede wszystkim świeży im "torskami" (Pomuchla, dorsz, sztokfisz), których góry całe piętrzyły się stale pomiędzy jego burtami. Niekiedy Lapończycy tyle dostarczali tego towaru, że "Nadzieja" pod ciężarem jego silnie przechylała się na bok. Praca wtedy trwała dzień i noc białą bez przerwy. Niezachodzące słońce nieraz zastawało załogę o godzinie 12 w nocy zajętą gorliwie płataniem, soleniem i układaniem w stosy wielkich i ciężkich sztokfiszów.
Ale oto połowy stały się jakoś uboższe. Lapończycy coraz rzadziej przybijali do burty "Nadziei", coraz rzadziej rozlegał się w powietrzu ich głos jękliwy, przypominający kwilenie mewy: "Kajma, kajma!" Mijały dnie jeden za drugim.
Któregoś poranka ujrzeliśmy obok siebie starą "Dzierżawę", na której przybył sam właściciel obydwóch okrętów, Śmietanin.
Po uroczystościach związanych z przybyciem dobrze znajomego okrętu, zaczęła się monotonia portowego życia. Patrzyliśmy ze Śmietaninem na pożary słoneczne, które codziennie o samej północy wybuchały jakiemiś fantasmagoriami kolorystycznymi na lodowcach wyspy Seiland, leżącej wprost naprzeciw Komag-Fiordu.
Potworne te masywy lodu, grubości 200-400 metrów, na skrajach przepaści łupane w zwierciadlane płaszczyzny, leżały na płaskowzgórzach "fieldów" na wysokości tysiąca metrów nad poziomem wody. Przy pewnym układzie promieni słońca, w chwili jego najniższego położenia na firmamencie niebieskim, tj. o godzinie 12 w nocy, zielonkawo-seledynowe lodowce zaczynały świecić jakiemiś mistycznymi blaskami tajemniczych swych głębin. z czeluści rozpadlin sypały ulewą gwiazd złotych, buchały snopami fosforycznych błysków, krwawiły się czerwienią po tysiąckroć odbitych promieni, płonęły oślepiającym ogniem pośrodku ściętych pionowo, idealnie gładkich swych lodowych krzesanic...
Orgia światła, dostępna wzrokowi człowieka tylko na krańcach ziemi. Coś, z czym można równać jedynie pożary zórz polarnych - aureole mistyczne globu ziemskiego. Oglądałem je w pełni ich majestatu za kołem polarnym podczas czarnych jak aksamit nocy jesiennych na gniewnych falach Oceanu Północnego i w długie noce zimowe na pogrzebanych pod śnieżną powłoką tundrach północnych. Są to cuda przyrody, o których słoneczne, najbardziej zwrotnikowe południe nie może dać żadnego wyobrażenia.
Patrzyliśmy z wyrosłym wśród tych wspaniałości "pomorem" i... pykaliśmy fajeczki.
- Wszakże to piękne, Simonie Fedorowiczu? - zachęcająco pytałem zamyślonego pomora.
- Mówicie o Lapończykach z Magero-Sundu, którzy obiecali nam sztokfiszów dostawić?
- Nie, ja mówię o tym lodowcu, za którym schowało się słońce.
- Tak, tak. Rzeczywiście to piękne. Diabli ich wiedzą czy oni przywiozą...
- Możebyśmy się tak tam wybrali?
- Hm... mogą ryby przywieźć.
Tak kusiłem trzeźwego, praktycznego pomora, aż któregoś dnia powiedział: "Pojedziemy w niedzielę".
W niedzielę, w pogodną słoneczną noc, piękna szalupa pod żaglami niosła nas ku brzegom wyspy Seiland. Zachodni wietrzyk chylił żagle ku wodzie, po której toczyły się wielkie, spokojne wały, przedzierające się tu wśród skał i niezliczonych wysepek fiordów, z Oceanu Atlantyckiego.
Oprócz nas dwóch u steru, na "baku" szalupy znajdował się jeszcze duży i silny chłopak, junga z "Dzierżawy", Michał, zwany na okręcie Michem. Mich opiekował się sporą skrzynką z zapasami żywności, jak również linką okrętową, wyciągniętą z żaglowego bloku "Nadzieii", która miała nam zastąpić linę turystyczną. o tym przyrządzie alpinistycznym nie zapomniałem i kazałem Michowi zabrać linkę ze sobą.
Zmierzaliśmy wprost ku południowemu brzegowi wyspy, w stronę malutkiej zatoki, którą z daleka już upatrzyliśmy. Szalupa lekko wznosiła się na wydmy wodne i zsuwała się z nich w niegłębokie parowy. Tak z fali ni falę coraz bardziej zbliżaliśmy się ku czarnym, przepaścistym, krzesanymi ścianami opadającym wybrzeżom Seiland.
Niedaleko już brzegów wyspy omal nie spotkała nas katastrofa.
Szalupa nasza ślizgała się po spokojnych ale dość wysokich falach. Nagle poczuliśmy, żeśmy się zatrzymali na miejscu. Powierzchnia wody opadła w głąb, a myśmy się znaleźli na skale podwodnej, płasko i równo ściętej. Szalupa na bok się przechyliła. Następna fala mogła nas rzucić na skały nierówne i ostre, rozbić albo przewrócić łódź naszą. Moment niepewności i bezradnego oczekiwania... Biegnie wał drugi, porywa nas do góry i rzuca - na głębię. Dobra wróżba, wycieczka się uda!
Przybiwszy do brzegu, wyciągnęliśmy szalupę wysoko, ażeby jej przypływ nie zabrał, uwiązaliśmy sznurem kotwicznym do głazu i ruszyliśmy w górę. Marszrutę ułożyłem "na oko", ponieważ map żadnych lądów nie mieliśmy: żeglarzy obchodzą tylko same brzegi i dno morskie w pobliżu ich, reszta należy do woźniców. Objąłem również kierownictwo wyprawy.
Udaliśmy się najpierw ku stromym upłazom, które niedaleko od wody bystro wznosiły się w kierunku lodowcowego języka sięgającego najniżej w dolinę. z początku szliśmy "na nogach", niebawem jednak pochyłość stała się tak znaczna, żeśmy zmuszeni byli zmienić sposób lokomocji i na czworakach wspinaliśmy się prosto do góry. Pomocne nam tutaj były bardzo długie i mocne trawy, za które chwytaliśmy się rękami i podciągali do góry.
W połowie tego ogromnego i niezmiernie stromego upłazu Simon Fedorowicz obejrzał się za siebie i - widziałem - szybko zwrócił głowę z powrotem. Obejrzałem się również. Zobaczyłem przepiękny widok: daleko, daleko na dole tafla fiordu, szalupa nasza jak biała łupinka orzecha, na prawo koło nas olbrzymie, granitowe ściany opadające prosto do wody.
Miałem mocne chwyty w rękach i czułem się zupełnie pewnie. Tak, jak na wyżynach masztów okrętu, gdzie zawieszony w powietrzu nad wodą, godzinami trwać nieraz musiałem. Mając jednak w rękach potężne liny lub żelaza i ufając swej sile, czułem się tam spokojnie i bezpiecznie. Towarzysz mój jednak, jakkolwiek również jak ja przyzwyczajony do wspinania się po masztach i rejach, nie mógł znieść widoku tej ekspozycji. Zaklinał mię na Boga, ażebym na dół nie patrzył, gdyż mogę odpaść od ściany. Sam już nie obejrzał się ani razu. Mich trzymał się doskonale i z miłym uśmiechem od ucha do ucha przysłuchiwał się naszej rozmowie.
Nasuwa mi się tutaj uwaga, że różne są rodzaje ekspozycji i że człowiek obyty z jedną z nich, nie zawsze jednakowo reaguje na drugą. Widziałem też tego przykłady później na naszych taternikach dawniejszej daty, którzy doskonale znosili ekspozycję skalną (w lecie), na stromych jednak płaśniach śnieżnych czuli się zupełnie bezradnie.
Wydostawszy się na skraj upłazu, piargami i skałkami podążaliśmy w stronę lodnika. Śnieg twardy, mocy, przykrywający lodowiec prowadził nas do góry wierzch lodowego pola. w pewnym miejscu, gdy obaj towarzysze moi szli inną nieco drogą, stanąłem na skraju lodowca oddzielonego szczeliną od skały. Wybrawszy dobre miejsce skoczyłem ze śniegu na ściankę i odpadłem. Znalazłem się na dnie szczeliny - na szczęście cały. Próbowałem się wydostać, lecz skała była tak zimna, że po krótkim wspinaniu się musiałem na dno powracać, gdyż ręce kostniały do zupełnego bezwładu. Po wielokrotnych próbach rozpaczliwym wysiłkiem wydostałem się wreszcie z czeluści i skałami podążyłem do góry. Towarzysze szukali mię tymczasem w innej stronie.
Byliśmy już porządnie zmęczeni, kiedyśmy stanęli na najwyższym miejscu lodowca. Rozczarowanie!...
Byliśmy pewni, że ten masyw lodu, który był przed nami, to jest właśnie lodowiec Seiland, tak dobrze nam znany z obserwacji z Komag-Fiordu. Nic podobnego. Przed nami dolina, w rodzaju Doliny Pięciu Stawów Polskich w Tatrach, a z drugiej dopiero strony lodowiec.
Dwóch zdań nie było. Ruszyliśmy na dół, potem złomiskami przemierzyliśmy całą szerokość doliny, potem zaczęliśmy się wznosić do góry. Coraz wyżej i wyżej. Obchodziliśmy skałki, wspinaliśmy się kominkami, przewijaliśmy się w prawo i lewo, wiedzeni praktycznym zmysłem marynarza, nie zaś doświadczeniem alpinistycznym, któregośmy w swej trójce prawie nie mieli, ponieważ moich samotnych wspinaczek po rafach nadwodnych, lub skoków na iglicę w Alten-Fiordzie, ani również samotnych włóczęg po skałach wyspy Kwal-o nie można było poczytywać za doświadczenie. Najwyżej można je uważać za ostrzeżenie gór udzielone człowiekowi, ostrzeżenie, w czasie którego - według trafnego określenia górali - "uczyły mię one rozumu". Miałem, co prawda, teoretyczne pojęcie tych spraw z książek, lecz to nie wystarczało.
Głód nam doskwierał. Za późno, niestety, spostrzegliśmy się, żeśmy wszystkie zapasy zostawili w szalupie! Pierwsze frycowe zostało zapłacone. Niedaleko już "szczytu" chciałem odpocząć. Chwilę choć zasnąć. Tu jednak Simon Fedorowicz zabrał głos i (kategorycznie się temu sprzeciwił. Jeżeli siądziemy - mówił - i zaśniemy, nie zbudzimy się więcej. Żadne moje namowy nie odniosły skutku. Kto wie, może i miał słuszność.
Nareszcie, nareszcie, po długim wspinaniu się - szczyt! Wchodzimy na grań grzbietu, który jest znacznie wyższy od poprzedniego i... doznajemy nowego zawodu!
Przed nami ogromna, dzika dolina, cała zasypana śniegiem i złomiskami, a z drugiej jej strony na grzbiecie gór - ten ogromny, potężny lodowiec.
Ciężko nam bardzo na duszy, jesteśmy głodni, znużeni, ale i tu dwóch zdań nie ma, tym bardziej że lodowiec tak blisko.
Widok przed nami niezwykły, potężny. Przeogromnie dziki! Dolina w śniegu. Tu i tam czarne jak noc ściany i mnichy. Na dole ogromny toczony lej, którego dno spękane odśrodkowymi promieniami wygląda jak olbrzymia gwiazda, strącona tu z nieba. Lej - to jezioro, promienie - to szczeliny w lodzie spękane.
Przed zdumionymi oczami odsłania się nowy widok: jezioro w jednej połowie czarne, a w drugiej białe. Na nim łabędzie? Cóż to jest? Jezioro jak nasz Wielki Staw, albo większe, w które - do połowy jego wielkości spełza lodowiec. Pośrodku jeziora lód pod parciem wody odrywa się z dna i wypływa na powierzchnię lodowymi górami. Wspaniale wyglądają te białe i ostre góry lodowe pływające po czarnej toni jeziora! w drugiej jego połowie dno biało-zielone, z czystego lodu.
Pomimo strudzenia w zachwycie oglądamy te cuda i idziemy dalej. Już nie tak raźno, ale uparcie dążymy na grzbiet przeciwległy. Po lodach i śniegach wydostajemy się na grań i znowu to samo: lodowiec Seiland uciekł przed nami na drugą stronę doliny, tym razem mniejszej, lecz za to stromszej i bardziej jeszcze dzikiej. Gdzieś daleko jakieś zwierzęta śmigają po śniegu: to reny, renifery, jedyne prócz nas żywe istoty w tej skalnej pustyni.
Kiedyśmy z wielkim trudem przebyli i tę dolinę, lodowiec uciekł znów na grzbiet jeszcze dalszy. Nie będę wszystkich wyliczał. Powiem tylko, żeśmy przebyli pięć dolin i tyleż grzbietów górskich. Na szóstym wreszcie znaleźliśmy Seiland, upragniony, prawdziwy lodowiec, z którego zobaczyliśmy Ocean Północny...
Jak okiem sięgnąć, olbrzymie, równe pole - "field" - ciągnące się gdzieś na dziesiątki kilometrów, a za nim ocean.
To ta latarnia słoneczna, która daleko na morzu świeciła nam, gdyśmy się z drugiej jej strony zbliżali do brzegów Norwegii... Gwiazda lądu Europy, błyszcząca nad ponurymi falami mórz podbiegunowych!
Jesteśmy na najwyższym jej miejscu! Nieświadoma siebie, głęboka jakaś radość ogarnia nam dusze. Bezsłowna modlitwa, skupienie się w sobie, zamyślenie najgłębsze...


Czas iść! Już lekko nam teraz i raźno.
Skręcamy na zachód i idziemy polem prosto przed siebie. Ostrożnie! Coś tam w śniegu czarnego... pod śniegiem jakaś wstęga ciemna się wije od jednego końca pola do drugiego, niknie gdzieś w dali. Podchodzę ostrożnie, próbuję nogą - trzyma. Uderzam raz i drugi - śnieg pod nogą zawalił się a z otworu spojrzała na mnie otchłań bezdenna...
A więc to szczelina? Dla niej to wziąłem linę ze sobą. Wiążemy się wszyscy w pasie, w odległości 20 metrów jeden od drugiego, pouczam mych towarzyszy, jak mają postępować z liną. Biorę rozpęd i przeskakuję przez szczelinę z takim wyrachowaniem, ażeby odbić się od białego i skoczyć na białe. Próba udała się. Towarzysze moi postępują tak samo. Idziemy dalej. Znowu wstęga ciemna - szczelina... Przeskakujemy ją po kolei.
Tak dążąc przez pole, przeskakiwaliśmy nieustannie kilkusetmetrowe czeluście, większe i mniejsze, od 1 1/5 do 2 1/2 metra szerokości. Przebyliśmy je szczęśliwie i uszedłszy ze 2 km fieldem lodowca, zaczęliśmy się obniżać, coraz bardziej skręcając ku południowi. Znowu poczuliśmy skałę i piarg pod nogami.
Tu miałem sposobność oglądać zupełnie świeżą pracę lodowca: kolosalnych rozmiarów morenę czołową, jakby przed chwilą wyoraną potężnymi lemieszami lodu. Głazy, skały, ziemia świeża, mokra - wszystko przewrócona; tylko co, wyrwane olbrzymią siłą z macierzystego łożyska...
Zstępując coraz niżej, zagłębiliśmy się pod wysokie sklepienia lodowego tunelu, na którego dnie miotał się wściekły górski potok. Dalekie światełko drugiego wylotu tunelu było nam gwiazdą przewodnią w tej wędrówce pod arkadami lodowego zamczyska. Miałem wrażenie jakby snu, lub bajki oglądanej na jawie.
Dalej doszliśmy do urwisk, do których o wiele wcześniej, zapewne przed wiekami, doszedł był lodowiec. Tu nowe cuda jawiły się nam przed oczami: rozszczepianie się stopniowe lodowca w ogromne, do stu metrów iglice, ściany i wieże, które im niżej, tym bardziej stały nad przepaściami schylone, ażeby w pewnej chwili w otchłań się zwalić. Większe i mniejsze, wszystkie mieniły się świeżymi kolorami czystego lodu, prześwietlanego pożarami słońca. Widok, na którego odmalowanie brak zaiste farb na najbogatszej palecie!
Piaszczyste łożysko suchego potoku poprowadziło nas w bok, ku drodze naszego wejścia, którym - zatoczywszy ogromne koło - mieliśmy zejść ku szalupie. Towarzysze moi istotnie opuścili wygodne dno potoku i skierowali się w skały, ja zaś poszedłem dalej za biegiem wody. Niebawem pochyłość stała się większa i jeszcze większa. Potem bardzo już wielka. Schodziłem jednak dalej. Musiałem tu, czepiając się traw i kosodrzewiny, z ogromnym trudem zsuwać się prawie na plecach. Już widać zatokę na dole, daleko, i malutką naszą szalupę... Jeszcze kilka metrów - i otchłań. Przepaść pode mną, zda się bez dna.
Rozpacz mię ogarnęła. Resztkami sił tu się zsunąłem. Na górę się nie wywspinam, bo już nie zdołam. Nie ma tu gdzie ani stać, ani usiąść, by spocząć. Wiszę nad pionową ścianą. Wrócić jednak muszę. Mus - to wielkie słowo.
Podźwignąłem się ćwierć metra i zawisłem przez chwilę, rozpłaszczony na trawiastej ścianie. Nabrałem tchu i dźwignąłem się znowu ćwierć metra i tak dalej, z zaciśniętymi zębami i głuchą jakąś wściekłością w duszy. Trwało to długo.
Wydostałem się wreszcie na miejsce, gdzie mogłem już leżeć. Więc leżałem bez ruchu, nie mając sił, ażeby się podnieść. Co będzie dalej, sam nie wiedziałem. Nagle spostrzegłem, że leżę na kobiercu z borówek. Zacząłem je zrywać i jeść z żarłocznością wilka, przy czym więcej jadłem liści niż samych jagód. Zjadłem tak, zdaje się, cały kobierzec i - również nagle - poczułem, że mi siły wróciły. Powstałem raźno i pomaszerowałem, jak gdyby nic. Jak gdybym nie tak dawno nie był zdolny poruszyć się i z rezygnacją nie oczekiwałem na wyroki lasu...
Uszedłszy spory szmat drogi lodowcem, natrafiłem na znany już upłaz, z którego zjechałem siedząc na jednej nodze, a drugą jak pługiem hamując; trzymałem się przy tym obiema rękoma za trawy.
Simona i Micha zastałem już przy szalupie, zaniepokojonych o mój los, ale tak znużonych, że niezdolni byli i nie zamierzali iść mi na pomoc. Pomoc zresztą nie była mi potrzebna.