Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Tatry w zimie

Demokratyzacja społeczeństw europejskich, zwycięskim pochodem przeszedłszy przez wiek XIX, nie ustała w zaborczej swej walce. Jesteśmy dziś, jak przed pół wiekiem nasi ojcowie, świadkami nieustannego zmagania się humanitarnych idei, głoszących prawo do życia i szczęścia każdego człowieka, z przeżytkami dawnych pojęć i urządzeń, opartych na zasadzie przywilejów.
Stopniowe te przemiany w całokształcie życia narodów wyciskają swe piętno w każdej dziedzinie, na każdej jednostce i instytucji. Wycisnęły je też na stosunku społeczeństwa naszego do Tatr.
Na pozór paradoksem wydać się może zastanawianie się nad stosunkiem społeczeństwa do Tatr, stosunkiem żywego organizmu do skrawka martwej przyrody - paradoksem, a nawet śmiesznością. Tak wszakże złożyły się warunki życia naszego, iż porównanie takie nie jest ani śmiesznością, ani przesadą.
Tatry są naszą pustynną świątynią; z nich siła ożywcza promienieje na całą krainę, gdzie mowa polska rozbrzmiewa.
Ewolucja społeczeństwa w kierunku demokratycznym w Tatrach wyraża się przede wszystkim wzmożoną frekwencją.
Niedostateczność środków komunikacyjnych, mała stosunkowo znajomość gór za czasów Chałubińskiego i hołdowanie zasadzie chodzenia wyłącznie za przewodnikiem były głównymi przyczynami, że były one za owych czasów przywilejem ludzi wybranych. a dziś? Tysiące turystów w ciągu paru letnich miesięcy przechodzi przez Tatry. Stają się one magnesem dla coraz liczniejszych miłośników ich piękna i majestatu, a siłą fatalistyczną dla wielu wybrańców, którzy węzłami taternictwa na zawsze się z nimi związali. Dużo się dzisiaj mówi i pisze o potrzebie wywłaszczenia całego obszaru Tatr polskich na rzecz społeczeństwa i uczynienia z nich czegoś w rodzaju parków narodowych Ameryki i Australii, ściślej - pustkowia pierwotnego, w którym by nie sterczały zapłotki, nie dzwoniły tramwaje, a badawcze oko stróża porządku i prawa nie mierzyło od stóp do głowy każdego przechodnia; gdzie przyroda, nie wspomagana kulturą ani pseudokulturą, pozostawiona byłaby własnemu losowi; gdzie każdemu wolno byłoby iść, patrzeć i dumać - z wyjątkiem tych barbarzyńców współczesnych, którzy by pierwotność tej przyrody niszczyli.
I dojdzie do tego. Stanie się tak, jeżeli nie dziś i nie jutro, to "dnia trzeciego przeznaczeń".
Wówczas góry nasze utracą wiele ze swego uroku pustyni, gdyż ludniejsze jeszcze będą niż dzisiaj. Nie będzie można, jak dziś jeszcze można, zaprzepaścić się gdzieś w krainie turni, zbratać się z tą ziemią granitów i samemu stać się jej cząstką.
Jak dziś jeszcze można.
Jest to jednak "konieczność dziejowa" - lepsza od innych, bo nie zachłanna i nie sobkowska. Jej przyjście przyśpieszyć powinniśmy. Tak Tatry wyglądać będą w przyszłości, a stosunki dzisiejsze dają już przybliżone pojęcie o tym obrazie.
Jest jednak obszar w nich nowy, mało jeszcze zbadany, któremu przeludnienie nie grozi.
Ten kraj - to Tatry w zimie. Kto widział morze, kto zna z opisów lądy podbiegunowe, ten zdoła wyobrazić sobie tatrzański krajobraz zimowy.
Zdarzyło mi się oglądać dalekie północne krainy i po morzach polarnych żeglować; widziałem posępne skały Przylądka Woronowa na skraju Morza Białego i straszliwe widmo Nordkapu wynurzające się z fal Oceanu Lodowatego, wszelakie wyspy bezludne ze świecącymi na górach ich lodowcami, a jednak Tatry - śmiem twierdzić - nie ustąpią w pustynnym swym majestacie czarowi tamtych krajów dalekich.
Według trafnego porównania Wincentego Pola, Tatry ośnieżone wyglądają "jak potopu świata fale, zamrożone w swoim biegu". Istotnie, proszę spojrzeć na nie od Nowego Targu, lub jeszcze dalej - a obraz poety przybierze kształty realne: cząstka chaosu kosmicznego z najpierwszych dni tworzenia się świata żywiołową siłą przechowana do dni naszych - zastygła, zamarła.
Nie ma w nich życia podczas długiej zimy, bezbrzeżna pustka i cisza nawet w powodzi słonecznych promieni przygniatająca martwotą, straszliwą groźbą swego milczenia, potężna bezwładem. Nirwana granitów! Jedyne dźwięki, jakby szept modlitwy idący z  zaświatów, to chrzęsty lodu, spadającego z turni, i szmer śnieżnych drobin przesuwających się w  granitowych łożyskach. Słychać tętno krwi własnej. Nad głową lazur czarny nieomal, na którym gwiazdy niekiedy w dzień biały można oglądać (Dwukrotnie w  Tatrach w  słoneczny dzień zimą na czystym niebie gwiazdy widziałem; raz o  godzinie 8 rano, drugi raz w południe.) - równie niemy jak u stóp śnieżna pustynia, równie bezduszny i mroźny. Ani dzwonków, ani nawoływań juhasów, ani gwaru potoków, ani grzmotu siklaw spienionych. Całe życie Tatr kędyś znikło, rozproszyło się, zduszone zostało pod śniegiem i lodem...
Cisza...
Nad przepaściami zwisają z grani ciężkie girlandy; koronki misterne zdobią czoła turni, odzianych w przepyszne edredony lodowe, które wiatr mroźny podczas zawiei nastrzępił - a szron później wygładził i w puch lotny ozdobił; mosty śnieżne łączą iglice na grani, opancerzone skorupą lodową; lśniące pola spadają potężnymi ścianami na brzegi stawów, których istnienia tylko z gładkości równi białych domyśleć się można. a wokół stawów, przykryte grubą powłoką ostatnich śniegów, wydymają się garby ogromne - jakieś cielska potworne, pogrzebane tu dawno - to stare lawiny, co w czas zamętu z gór okolicznych zwaliły się na dół, niosąc śmierć temu, co zimie się jeszcze ostało.
A kiedy wiatr halny obróci się na orawski i białe chmurzyska poczną się tłoczyć nad Osobitą, śpiesz się, człowieku, z powrotem do swej siedziby, gdzie bądź wichura cię zaskoczyła: na hali, w lesie albo na grani. Śpiesz się, zanim cię mrok biały pochłonie, jak toń morska pochłania kruszynę skały nadbrzeżnej... Huczy wichura, łopoce; gną się smreki w dolinach, trzeszczą i padają jak żołnierze w szeregu; zniknął świat cały w zamęcie: nie widać nic - ni ziemi, ni nieba - tylko słychać rozpętanie się groźnych żywiołów i walkę niewidzialnych potęg; od czasu do czasu ponad wszystko wybija się grzmot straszliwy, od którego - zda się - drżą góry w posadach: to śnieżna lawina runęła w przepaść... pokotem legły gdzieś lasy, odłamy skał śmignęły w powietrzu, poszły z nimi kosówki, a może i kozice, szałasy pasterskie i ludzie, jeśli w nich przypadkowo schronienia szukali!
Pół roku Tatry mają na sobie pancerz śnieżno-lodowy i przez pół roku są szczerą pustynią, w której tylko z kozicą, lisem i orłem spotkać się można; niedźwiedzie i świstaki w  sen zapadają na zimę, śladów innych zwierząt również nie znaleźć.
Od r. 1907 - wraz z założeniem obecnej Sekcji Narciarskiej Tow. Tatrzańskiego i rozpowszechnianiem się stopniowym narciarstwa - poczęli liczniej zaglądać w góry turyści. z roku na rok liczba ich rosła i oto dzisiaj w niektóre dnie, jak święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy - roi się od narciarzy w pobliskich dolinach, na łatwych przełęczach i szczytach. Lecz w głębi Tatr panuje ta sama cisza podbiegunowej pustyni, co w dniach pierwszych stworzenia. Tam siłą rzeczy demokratyzacja wpływami swymi nigdy nie sięgnie i pozostaną regiony te własnością ludzi wybranych - ludzi szczególnie silnie tęskniących za majestatem i pustką obszarów bezludnych, do nikogo nie należących, nie przydatnych na nic nikomu, milczących i zapomnianych. Ludzi mających w duszy swej wiele pierwiastków wspólnych z Samojedami i Amundsenem.
Ci pokonają niewygody, trudy i niebezpieczeństwa, ażeby parę dni spędzić na skraju niemal świata, gdzie żadnych już ech ludzkiego życia nie słychać, gdzie "zima siedzi", a "orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda..."
Cała przepaść dzieli turystykę górską zimową od letniej; wytworzyły się w zakresie pierwszej specjalne sposoby, nawet specjalna technika zimowa, która w Tatrach samorzutnie się rozwinęła i już istnieje wbrew opinii niektórych niedowiarków, uparcie obstających przy swych twierdzeniach, że jedna jest technika chodzenia po górach - mianowicie ta, znana nam z lata.
Już samo posługiwanie się z konieczności na wycieczkach zimowych nartami wprowadza zmiany zasadnicze w sposobie traktowania wycieczek, w układaniu marszruty itp.
A skały? a drogi zimowe? Wszystko jest inne i zawiódłby się ten, kto chciałby na podstawie doświadczenia z  letnich wycieczek odbywać wycieczki zimowe. Przede wszystkim na śniegu nie ma dróg żadnych, żadnych perci, klamer, łańcuchów ni drogowskazów. Teren i jego rzeźba jest prawdziwie "białą do pisania kartą", na której wykreśla się nartami albo rakami drogi przebyte; o tych zaś, które przebyć mamy, można powiedzieć, że wszystkie są "wolne" - nawet te, na których śmierć czyha w postaci zamaskowanej lawiny. Wielkie tu pole do popisu i ćwiczenia się w samodzielności, jak również w  umiejętności orientowania się wśród tylu różnorodnych czynników jak: teren, temperatura i stan powietrza, stan śniegów, wreszcie zasób sił własnych i doświadczenia. a siły martwej pustyni zawsze są czuwające i czekają na słabego lub lekkomyślnego wędrowca, ażeby na nim zemstę swą wywrzeć za zakłócenie ich snu zimowego; jeśli go lawina nie weźmie, zamieć nie powali - to może mróz lodowatymi palcami udusić, albo mgły białe omamić i wodzić w kółko, dopóki człowiek nie padnie.
Nawisy i konie śnieżne na graniach, twarda szreń lodowa na stromych stokach dopełniają szkicowego obrazu trudności, z  którymi się liczyć musi turysta. Nad wszystkie jednak groźniejsze są śnieżne lawiny. Tworzenie się i spadanie ich zależne jest od sprzyjającego układu licznych czynników, działających równocześnie, na których omówienie nie pozwalają mi ramy artykułu. Powiem tylko, iż spadają one w Tatrach od połowy stycznia do połowy czerwca, najczęściej w godzinach od 11 do 5 po południu, często wszakże i w godzinach porannych, a nawet w nocy. Rozmiarów dosięgają olbrzymich. w Dolinie Cichej, Rybiego Potoku, Jamnickiej i wielu innych dziś jeszcze można oglądać ślady lawin spadłych w ostatnich trzech latach, które to lata były w lawiny
szczególnie obfite. Szły tam wielkie rzeki śniegu, łamiąc w paru minutach łany starodrzewu, druzgocząc szałasy, zrywając prądem powietrza dachy z budowli; spadając ze stoków po jednej stronie doliny, przebiegały ją w poprzek i na paręset metrów wtaczały się na stoki przeciwległe. Podobne były do wezbranego potoku górskiego, tylko bez porównania większe od niego, a białe chmury
śnieżnego pyłu zasłaniały obraz zniszczenia.
Urok Tatr polega na pierwotności ich dzikiej przyrody. i pomimo wszystko, gdyby nawet przez masowy napływ turystów ta pierwotność utraciła swój charakter właściwy, pozostaną Tatry zimowe - góry szklane, o których prawią bajki dziecinne - Tatry, osłonięte lodową i śnieżną zbroją, niedostępne dla najszerszych mas, szukających na łatwych ścieżkach wrażeń popularnej turystyki. Tatry pustynne, świątynia ciszy i dumań najszczerszych dla wybranych a miłujących je taterników.