Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Orlą Percią w zimie

Wycieczka odbyta z J. Lesieckim, L. Lorią i S. Zdybem w 1911 roku. Pierwsze przejście zimowe Małego Koziego Wierchu (2226 m) i pierwsze wejście zimowe na Zamarłą Turnią (2179 m).

Siedzieliśmy nad równym, wielkim, białym polem, które nazywa się Czarnym Stawem i przymocowywaliśmy do swych trzewików ośmiozębne raki. Narty nasze tkwiły tuż, głęboko osadzone w śniegu do czasu, aż zatoczywszy granią zamierzone koło, powrócimy do tego miejsca i dalszą drogę chyżo na nich przemkniemy. Nad nami wznosiły się ścianki Kościelca, dziś jakieś szare i niewyraźne, jak szary był dzień ten tatrzański, o którym w lecie rzec można by było, że wróży na pewno pogodę, z dodatkiem jednak małego komentarza: "chyba, że będzie lało". Chyba, że będzie kurzyło. Tak coś tam po wierchach kręciło, coś snuło się, złaziło z turni i znowu na nie właziło, jak gdyby "se miarkowało, jako ma być..."
Przypiąwszy raki poszliśmy.
Znajome miejsca, znajome ścianki i żleby. Jaka cisza w kotlinie Zmarzłego Stawu! Myśl mimo woli wskrzesza w pamięci obrazy z łata, mocą kontrastu potęgujące dzisiaj pustynny urok tych miejsc. Wielki lejek biały, tak prawidłowo, tak dziwnie wytoczony ze śniegu - to Staw Zmarzły i jego brzegi; białe ściany przed nami - to Mały Kozi Wierch; pilastry białe - to żleby...
"Próg" Zawratu został za nami. Przełęcz. z drugiej jej strony wionął na nas smętek jakiś wielkiej, opuszczonej krainy: miało się wrażenie, że niedawno coś tutaj się stało, coś krzywdzącego; przemoc jakaś brutalną ręką wolę swą narzuciła - i oto wszystko zamilkło; nie ma tu nic, nic się nie dzieje... Na wierchach siedzą mgły.
Zachodnia grań Małego Koziego dość szybko nam spod nóg uciekła; nawisy, podcięte od strony Koziej Dolinki, chały nas na stoki południowe grani; małe kominki wartkośmy brali i doszli do Żebra. Jest to ostra turniczka w grani, zamykająca z jednej strony wcięcie, którego drugą krawędź tworzy ścianka Małego Koziego Wierchu. Do wcięcia doszliśmy niezgorzej po stronie południowej grani, pomagając sobie gdzieniegdzie wynurzającymi się ze śniegu łańcuchami, którymi perć w tym miejscu jest ubezpieczona. Dalej ścieżka letnia przechodzi na stronę północną i, najeżona żelaziwami, biegnie po stoku Zmarzłych Czub ku Zmarzłej Przełęczy. Ogromne masy śniegu wiszą obecnie na stromych tych stokach od strony północnej, nawisami pozsuwały się z grani, białymi polami przylgnęły do przepaścistych upłazów, przylepiły się do podciętych turniczek...
Początek łańcucha, który nura dał w to morze śniegów, wskazuje kierunek drogi. o przejściu Żebra granią mowy dziś nie ma; wznoszą się tam jakieś dziwaczne potwory ze śniegu, wiszące w powietrzu. Jedna tu droga: wpław przez śnieżne morze, spiętrzone ścianą nad przepaściami Koziej Dolinki. Tak też czynimy.

Na grani Świnicy w r. 1910. Na zdjęciu: Mariusz Zaruski, Henryk Bednarski, Jerzy Cybulski, Józef Lesiecki i Stefan Mazurkiewicz. Fot. Stanisław Zdyb.

Asekurując się linami, jeden za drugim wstępujemy w puszyste głębiny i czepiając się łopatką czekana twardego w głębi śniegu, ostrożnie na dół schodzimy. Barkami szorujemy po śniegu. Sypie się on zewsząd strumieniami całymi, tajemniczo szeleści i niknie w czeluściach żlebu. Już jedna lina skończyła się i skupiła nas pod śnieżną ścianką, już druga w połowie... przylepieni do stromej płaszczyzny po kolei przerzucamy się przez wydmę - rodzaj żeberka ze śniegu - i wstępujemy na gładkie, jednym ciosem ścięte pole pod Zmarzłymi Czubami. Powoli krok za krokiem, ostrożnie stąpając - podczas gdy ręce po łokcie zagłębiają się w śniegu - trawersujemy ścianę, rozpłaszczeni na jej lśniącej powierzchni na podobieństwo ołowianych figurek na tle białego papieru. Perć, skałki, piargi nie wiadomo gdzie się podziały w głębi tych ogromnych mas białego popiołu. Jesteśmy w zupełności oddani na łaskę lub niełaskę jego i z rezygnacją posuwamy się naprzód. Pod spodem skały, kamienie w lód mocno wmarznięte, na nich warstwy śniegu starego - jeszcze z roku zeszłego, z listopada i grudnia - dalej młodsze śniegi, a na nich najmłodsze... Wiele śniegu wiatry z Doliny Pięciu Stawów tu przerzuciły... Głęboko, głęboko jest na tej ścianie... ostrożnie! kocimi ruchami, żeby nie wstrząsnąć jakiej płaśni niepewnej, nie zbudzić licha, gdy śpi... Szeleści lina, śnieg sypie się... cicho!
Pokazała się skałka; ściana Zmarzłej Czuby, opadająca pionowo ku przełęczy. Jesteśmy na razie bezpieczni: tu lawina nie pójdzie... Odpocząwszy chwilę, ten i ów sięga po papierosa. Przepaścistym upłazkiem schodzimy powoli, trzymając się mocno łopatkami czekanów; gdzieniegdzie ręka dosięga kawałka żelaza, wystającego ze śniegu - fragmenty z ubezpieczeń Orlej Perci - i stajemy na Zmarzłej Przełęczy. Samotny "chłopek", podobny z dala do olbrzymiego kamiennego krokusa, obojętnie poziera w głąb ziejącej przepaści. Tuż koło niego rozłożyliśmy się obozem i posiliwszy się, dłuższą chwilę wypoczywali po trudach przebytej drogi.
Mieliśmy teraz zwiedzić Zamarłą Turnię, na której w zimie noga ludzka jeszcze nie stała, i gdyby czas pozwolił, próbować wejścia na Kozie Czuby (Uskuteczniłem to i wejście zimowe z Jerzym Landem i Janem Małachowskim).
Zaczęło się znowu trawersowanie pola śnieżnego, pochylonego tutaj łagodniej, a gdyśmy się znaleźli na linii prostej pod szczytem, skręciliśmy na prawo i wprost do góry jęliśmy się wspinać na niesłychanie stromą, jednolitą ścianę ze śniegu. Jeden za drugim, związani linami, jak po drabinie szliśmy, czepiając się "chwytami przedramiennymi" lśniącej masy śniegu, która, zdawało się, wisi nad nami. Pod szczytem ekspozycja stała się jeszcze większa... Czołgamy się na prawo w komin śnieżny i po kilku forsownych wysiłkach wydostajemy się na grań o parę metrów od wierzchołka turni!
A słońce już chyliło się ku Świnicy, rzucając blade promienie na złomy skalne Koziego Wierchu, wyzierające zza lodowych pawęży, na śnieżne nawisy, girlandami nad przepaścią zawisłe, na chmurne "dymy", co wciąż bezradnie włóczyły się po tatrzańskiej pustyni, jak kierdel baranów, zapomniany w górach...
Czas był powracać. Tą samą ścianą zeszliśmy po drabinie swych śladów na śnieżne pole pod turnią szczytową i wkrótce znaleźliśmy się nad uskokiem, spadającym do Koziej Przełęczy. Żelazna drabinka, wisząca tutaj na płycie, nie była pokryta śniegiem, więc bez trudu zeszliśmy na przełączkę, z której parę dziesiątków metrów bardzo stromo i uważnie schodziliśmy żlebem. Dalej żleb się rozszerza, a pochyłość jego staje się mniejsza. Wnet też zmieniliśmy taktykę i usiadłszy na śniegu a czekanami sterując, piorunem na dół pomknęliśmy. Śnieg burzył się i kotłował, płynąc wraz z nami szeroką rzeką; skałki po bokach żlebu śmigały, jak ptaki spóźnione, ciężkim lotem do gniazd swych gdzieś na wierchy lecące, lecz myśmy nie patrzyli już na to: dolina pędziła nam na spotkanie, wiatr w uszach gwizdał a pęd szalony porywał...
Aż zagruchotał śnieg pod obcasami uzbrojonych w żelaza trzewików i nogi po kolana w toń białą się wryły. Stanęliśmy.
Próżno się silić na opis radosnego uczucia, które wzbiera w duszy każdego taternika, gdy pokonawszy trudy i niebezpieczeństwa, na dobrej perci stanie, wiedząc, że tu kres jego mozołów; nie potrzebuje już czuwać, bystrym okiem mierząc odległość i pochylenie, wypatrując skąpych i niepewnych chwytów na ścianie; nie potrzebuje w stal zmieniać swych mięśni, gdy mocy ich życie powierzy, ani wysiłkiem woli nerwom spokój nakazać a myśli trzeźwość racjonalisty; perć dobra, ta poczciwa i wierna odtąd mu przewodnikiem i opiekunem, aż wróci do dziedzin ludzkich.
Radośnie i nam było na sercu. Słońce złociło stoki Granatów, przedzierając się przez "górne mgły" ponad Kościelcem, za nami, pod niebem szczerbata grań, na której zmagania się nasze zostały...
"Hej góry nase, góry!..." bezwiednie niemal zabrzmiał okrzyk chropawej góralskiej piosenki...
Bystro schodziliśmy na dół. Rzecz ciekawa: szliśmy po zwałach wielkich, starych lawin, które spadły tu z gór otaczających Kozią Dolinkę, i potężną rzeką spłynęły ku Stawowi Zmarzłemu. Po łagodnym stoku dolinki płynęły jak woda!
Od Czarnego Stawu posłuszne narty poniosły nas dalej - do Zakopanego.